30.07. Polskie strefy LGBTfrei

30 lipca, dzień 148.

Wpis nr 137

zakażeń/zgonów/ozdrowień

45.031/1.709/33.643

Jednak to się kręci jak w kalejdoskopie. Nieledwie ucichły burze prezydenta-obrońcy pedofilów, obrażanie warszafki, karania więzieniem za psikusa, bicia żony kablem od żelazka a już wszedł nowy temat. Jak policzyłem płodozmian jest w tempie jeden news dziennie. Towarzystwo chętnych na ujście frustracji będzie kompletnie przebodźcowane. Z jednej strony każdy dostanie co lubi (czyli tam gdzie podejrzewa ten straszny PiS o najgorsze), z drugiej ci, którzy będą chcieli wziąć wszystko na klatę (a bywają tacy wyporni) mogą się przeciążyć. Tempem i intensywnością.

Idą „polskie strefy wolne od LGBT”. Następny biczyk na ciemnogrodzką Polskę. Okazuje się, że wykrakałem – do kryterium przyznawania środków unijnych dołożono oczywiste, acz kompletnie nietraktatowe, kryterium respektowania wartości unijnych w ujęciu światopoglądowym, choć w traktach Unia miała się odkolegować od światopoglądowych decyzji demokratycznych władz poszczególnych państw. Sześć gmin z tzw. „Strefami Wolnymi od LGBT” ma nie otrzymać funduszy unijnych dopóki nie zdejmą z siebie tego dyskryminacyjnego odium.

Właściwie nie wiadomo czemu padło na tych sześciu nieszczęśników, skoro unijne „kryteria” stref spełniają: cztery województwa, 18 powiatów i 16 gmin. O co więc chodzi? Zacznijmy od początku. W marcu 2019 roku Czarny Lud polskiej polityki, a jakże, Ordo Iuris, opracował wzór Samorządowej Karty Praw Rodzin – wzoru deklaracji przystosowanej do podpisania przez samorządy każdego ze szczebli. Karta w zakresie prawa rodziców do wyboru drogi edukacji swych dzieci odwołuje się do podstawowych praw wynikających m.in. z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku (art. 26, ust. 3), Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 2000 roku (art. 14) i wreszcie do art. 48 polskiej Konstytucji. Dodaje do tego podstawowe gwarancje państwowej ochrony zadedykowanej rodzinie. W oparciu o ten stan prawny deklaracja wywodzi postulaty samorządu w kilku obszarach: edukacji, polityki społecznej, praktyki praw rodzin w biznesie, monitorowania i egzekwowania praw rodziny oraz nadzoru nad zgodnością z nimi kształtowania praw przynależnych rodzinie. I takie deklaracje podpisały wspomniane samorządy. Tak właściwie to potwierdziły swoje zagwarantowane prawa w tym zakresie.

Dlaczego zrobiły to samorządy, a nie poszczególni rodzice, czy szkoły? Ano dlatego, że wpływ rodziców na edukację ich dzieci jest w Polsce co najwyżej pośredni. Pomiędzy nimi a nauczaniem dzieci stoi system edukacji oparty głównie na samorządach. Staje się więc samorząd – pośrednio przez wolę przedstawicieli lokalnego suwerena – najwłaściwszym adresatem do wdrożenia woli rodziców. Inne poglądy rodziców mogą się realizować dowolnie, jednak już w formach samoorganizacji w zakresie programu, jak i finansowania alternatywnej edukacji.

Wspomniane samorządy sprzeciwiają się wprowadzaniu ideologii gender do szkół oraz finansowaniu z pieniędzy publicznych tego rodzaju aktywności. Wyznaczają także normy monitorowania czy tego rodzaju zachowania nie wchodzą do szkół „tylnymi drzwiami”, otwieranymi często przez samodzielnych, acz progresywnych dyrektorów szkół. Tyle.

Teraz zobaczmy co się stało. Ano po takich samorządowych deklaracjach na podstawie gotowców Ordo Iuris się zaczęło. Idealny strzał został wykonany przez Bartosza Staszewskiego, który wziął mapkę powstałego „Atlasu nienawiści” (bo to co wyżej napisałem to nienawiść jest) porobił plansze „Strefa wolna od LGBT” i przykręcał do znaków z nazwami miejscowości, które przyjęły Samorządową Deklarację. W ten sposób została stworzona sztucznie kategoria „Stref wolnych od LGBT”, która został trwale przypisana danym samorządom, choć te – jak nie patrzeć – takiej strefy w życiu nie ogłaszały. Posunięcie było cwane, bo odwoływało się do starych upiorów Judenfrei i wielu się na to załapało. Nawet jacyś lewacy z Włoch, choć akurat ten naród w sprawie tropienia faszystowskich standardów powinien skorzystać z szansy zamilczenia. Odezwali się też w ten deseń i… Niemcy. Teraz kategoria już króluje w obiegu i to na nią powołują się instytucje unijne wybierające samorządy do ukarania. Powtórzmy to jeszcze raz – przyszedł powiedzmy przyrodnik, stworzył kategorię złych niedźwiedzi z kropką na łbie, a potem oskarżył je o bycie złymi, bo mają kropki na łbie.

Kategoria przeszła nawet do Wikipedii – w ogóle jej artykuł o „Strefach” w Polsce to ciekawa lektura, kompletnie zideologizowana, co każe przyglądać się uważniej innym jej „definicjom”. Najlepszy jest tam passus, że zwolennicy stref opacznie interpretują art. 18 polskiej konstytucji o małżeństwie, „który w konserwatywnym brzmieniu oznacza związek kobiety i mężczyzny”, jakby było jakieś inne brzmienie tej najprostszej w świecie definicji.

Oczywiście ruszył się minister Ziobro, który zażądał od… premiera Morawieckiego zajęcia się retorsjami Unii wobec wybranych samorządów. Jak pisałem – winnych jest więcej, ale Unii trzeba było wybrać grupę kontrolną do przeczołgania i monitorować jak będą pękać samorządy postrachane. Premier przerzucił tego gorącego kartofla do Trybunału Konstytucyjnego i sprwa tam pewnie zgnije na lata.

Znowu więc mamy wzmożenie ale to zostanie z nami chyba dłużej. Znów front wojny polsko-polskiej zakolorował się na tęczowo. Unia nie odpuści, gdyż coraz bardziej lubuje się w powolnym przesuwaniu swych działań w kierunku poszerzającym traktatowe kompetencje – patrzy jak głęboko nóż wchodzi bez oporu w masło poprawności politycznej.

Po ostatnich decyzjach budżetowych proces integracji i federalizacji Unii Europejskiej nabrał przyspieszenia. Teraz nie trzeba żądnych referendalnych zgód państw na przyjęcie wspólnej europejskiej konstytucji. Wtedy to był błąd, bo wykazał gwałtowność procesu odbierania podmiotowości państwom narodowym i przekazywanie jej federalnemu centrum europejskiej biurokracji. Przez tę niecierpliwość narody zauważyły ten przyspieszony proces. Teraz robimy to stopniowo – uwspólnotowiamy dług (spróbuj teraz gościu wyjść z UE, to zapłacisz 10 razy tyle co Wielka Brytania przy brexicie), zaś nieformalne kryteria podziału funduszy (zabójcze dla nas kryteria klimatyczne, gumowa definicja praworządności, czy niewidziane dotąd „wartości unijne” odbierające m.in. rodzicom ich prawa do ochrony rodziny i wpływu na edukację dzieci) powodują, że ma być wyhodowany jeden sznyt poprawnego politycznie superpaństwa. W deklaracjach sprzeciwu urzędników Unii można zobaczyć, że tzw. „prawa rodziny” bierze się już w nawias, jako wymysł jakiegoś średniowiecza.

A dla nas jest to kolejny bacik międzynarodowego wstydu, którym będziemy okładać drugą połowę miejscowych, chcących skorzystać ze swych konstytucyjnych praw. W dodatku bacik ten bije w rytmie wykrzykiwanego hasła tych, którzy okładają durny ciemnogród:

K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A! Chlast! K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A! Chlast!

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim bolgu „Dziennik zarazy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: