7.11. Przychodzą rachunki

Powyższą ilustrację zamieszczam po raz drugi, ale ona najbardziej pasuje do dzisiejszego tematu.

7 listopada, dzień 250.

Wpis 239

zakażeń/zgonów/ozdrowień

521.640/7636/200.510

W „okrągłe dnice”, czyli w setny czy dwusetny dzień po rozpoczęciu pandemii (dzień pacjenta zero) próbowałem zawsze jakoś podsumować wszystko co się wydarzyło przez te okresy czasu. Chciałem zebrać to co i w jakich dziedzinach życia zmienił nie tyle koronawirus, ale nasza reakacja na niego. Ostatnio zrobiłem sobie spis wszystkich tematów, których dotykała kowidowa panedmia. Naliczyłem sporo tego i zawsze po kilka wpisów na temat. Wyliczę kilka: koronawirus i jego specyfika, dynamika obostrzeń, polityka polska, sytuacja międzynarodowa, opozycja polska, obyczaje, Kościół, kultura, wybory, media. Chciałoby się znów przepuścić przez te filtry nasz 250. dzień pandemii, ale nie chcę powtarzać tego podejścia z okrągłych „dziennic”.

Zajmę się tym, co już opisywałem, a co jest ukrytą istotą fundamentalnych efektów pandemii. W swoim wcześniejszym wpisie próbowałem opisać mechanizm lockdownu, przez który prawdopodobnie zginie więcej ludzi niż przez samego koronawirusa. To była moja intuicja, dziś mam już twarde dowody. Wtedy oprałem się na symulacji nagłego spadku wydawania kart dla rakowców. Przypomnę, że okazało się, iż od pojawienia się koronawirusa tych kart wydawano od 25 do 30% mniej niż normalnie. To oznaczało tylko jedno, no bo przecież nie to, że koronawirus „odwołał” raka – oznaczało to, że ludzie przestraszeni widmem koronawirusa w służbie zdrowia mniej się do niej zgłaszali, zaś z drugiej strony przepriorytetyzowana służba zdrowia na kowida olewała ich, chociażby poprzez system teleoporad. Po świecie chodzi ponad 50.000 Polaków i nie wie, że ma raka. I oni powoli będą „wpadać” w system służby zdrowia. Im później tym gorzej dla nich. I liczby zgonów w szpitalach.

Niedawno przyszły zestawienia Pawła Klimczewskiego opracowane w oparciu o oficjalne dane GUS, które moją intuicję zamieniają w fakty. Smutne fakty. Paweł Klimczewski zestawił dane z lat 2018, 2019 i 2020 co do tygodniowych zgonów. W przypadku 2020 roku pokazał rozjazd ilości zgonów w podziale na zgony NA koronawirus (bez chorób współtowarzyszących), Z koronawirusem (z chorobami współtowarzyszącymi) i sumę zgonów. Popatrzmy na wykres:

Krzywe z poszczególnych lat są mniej więcej takie same. Dość odstaje „garb” w okolicach sierpnia 2020, ale pojedźmy dalej. Czerwona linia idzie równo rok do roku i nagle cuda zaczynają się dziać w okolicach połowy września i krzywa strzela do góry w październiku (nr 3). Od początku października rząd zaczął podawać osobno śmierci na „czystego koronawirusa” (1) i tego z chorobami współistniejącymi (2). „Czysty” koronawirus stoi. Mimo lawinowego wzrostu liczby zakażeń. Zauważalnie rośnie krzywa zgonów Z koronawirusem (2), czyli tych co zmarli z innymi chorobami i mieli koronawirusa. Po pierwsze pokazuje to, że po prostu wirus jest wśród nas w o wiele większym stopniu niż myślimy i jego rozprzestrzenianie się rośnie, również w miarę selekcji testów ograniczających się coraz bardziej do grup ryzyka, objawów i chorób towarzyszących. Ta różnica między 1 a 2 pokazuje też rachunek za zmniejszenie się społecznej odporności w czasie „pierwszej kwarantanny” z marca-kwietnia, której brak w okresie grypowym powoduje większą śmiertelność niż zwykle. Ale poraża skok krzywej nr 3. To suma zgonów. Znaczące odchylenie od normy. Może być spowodowane WYŁĄCZNIE nagłymi, niezwykłymi okolicznościami. Nawet upadek kilku samolotów tygodniowo nie wywindowałoby tak tego wykresu. Mamy skok z 8.000 zgonów tygodniowo na 12.000. To o 4.000 zgonów tygodniowo więcej niż średnia i to te zgony lądują głównie w szpitalach, co zatyka system. To dziennie prawie 600 zgonów więcej niż średnia z tego okresu. Dziennie. Codziennie spadają 3 airbusy z 200 pasażerami na pokładzie. Dodatkowo – ponad średnią z poprzednich lat.

Co się takiego stało na początku października? Ano zaczęliśmy się przygotowywać na „drugą falę”. Wstrzymano terapie inne niż kowidowe, zaczęto ujednoimienniać coraz to nowe szpitale, przewożono ludzi ciężko chorych do innych placówek, czekano z przyjęciem chorych na inne „niemodne choroby” w kolejkach karetek, bo chorzy nie mieli zrobionych testów. Z kolei inni czekali dniami na wynik testów, niekiedy nie doczekawszy, zaś w szpitalach całe oddziały szły na kwarantanny, bo komuś się zaświecił na czerwono test PCR i trzeba było odczekać swoje, najpierw na wyniki, a potem w odosobnieniu.

Wychodzi na to, że różnica między wykresem 2 i 3 to prawdziwe „niekoronawirusowe” ofiary koronawirusa. Ale nie zmarli oni na ten straszny patogen tylko z powodu naszych decyzji dotyczących priorytetów systemu służby zdrowia.

Zobaczmy na tabelkę, która to pokazuje zgony tydzień po tygodniu:

Kolumna 1 to „czyste” koronawirusowe zgony, kolumna nr 2 to te z chorobami współistniejącymi. Kolumna nr 3 pokazuje ile osób w tym samym tygodniu zmarło średnio w 2019 roku. W kolumnie 4 widać ilu Polaków zmarło w liczbach w 2020 roku, potem widzimy przyrost w liczbach do średniej z 2019 i jej procentowy wymiar (kolumna nr 6). Przyrosty tydzień do tygodnia (2019-2020) są już ponad 50%, z czego „czyści” kowidowcy to 5%. Reszta to „z chorobami” (z mechanizmem opisanym powyżej) na poziomie ok. 27% w całości zgonów. Na resztę „zapracowaliśmy” sami. To niezdiagnozowane choroby, przerwane kuracje, wożenie się w karetkach tam i z powrotem, wreszcie brak łóżek w przeładowanych szpitalach. Bo zaniedbania służby zdrowia, i to te „pozakowidowe”, są powodem tego, że ponad dwukrotnie wzrosła liczba chorych wymagających hospitalizacji i to nie z powodów kowidowych.

I zaraz wejdziemy w drugi lockdown. Gospodarka padnie, służba zdrowia się zatka, zaś w samotnych mieszkaniach starsi będą tracić resztki swojej odporności. Dziś mamy bowiem rachunek za tych, którzy ją utracili w „pierwszej fali” siedząc w „narodowej kwarantannie”.

Za chwilę po raz drugi wejdziemy w tę dziuplę. To się nie może dobrze skończyć i to z jednego powodu. Locdown ma powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Ale przeważająca część wzrostu zgonów to „niekowidowcy”. Trzymanie ich w domach i w dystansie nic nie da. Nic nie da na raka, cukrzyce, zakażenia.

Ale o tym, dlaczego lockdown chyba jednak w ogóle nie działa to spróbuję napisać jutro, choć już pierwsze przymiarki poczyniłem.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.     

2 thoughts on “7.11. Przychodzą rachunki

  1. Skoro dane statystyczne są tak jednoznaczne, dlaczego cały świat pędzi w tą samą ślepą uliczkę. Skąd kompromitujące ekspertyzy WHO ?? Sprzeczne opinie grup eksperckich. Nadmiar demokracji owocujący paraliżem odwagi u rządzących ?
    Czyżby w ostateczności decydował znany z psychologii instynkt stadny ??
    Bo dwa fakty widoczne są gołym okiem – niska śmiertelność z powodu wirusa i
    całkowite załamanie pracy szpitali. Horror

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: