14.11. Kowidki. Chwila na relaks

14 listopada, dzień 257

Wpis nr 246

zakażeń/zgonów/ozdrowień

691.118/10.045/282.215

Dziś weekend, czyli pora na kolejny przegląd kowidowych drobnic. Po tych wszystkich jazdach to chyba tylko one pozostaną jako świadectwo odjazdów epoki. Jak sięgam wstecz w te swoje własne cotygodniowe podsumowania zmiany naszych obyczajów, to się coraz bardziej dziwię – gdzie to zabrnie?

Już kiedyś pisałem o pechowości zbiórek dla kolejnych bohaterów opozycji, łątek dwutygodniówek. Jest jednak pewien rytm – kiedyś Warchol prorokował 15 minut sławy dla każdego w szybko zmieniającym się świecie. Dotyczyło to ludzi – dziś tak szybko to wszystko idzie, że trendy polityczne kończą się prawie po 15 minutach, no niech będzie – dniach. Pani Lempart zdaje się, że zwija żagle, poskarżyła się – a jakże – niemieckiej prasie, że „to już koniec, nie ma już nic”. Tak samo było z Margot i innymi kodziarzami. Dziś nie jest to warcholowskie piętnaście minut, tylko do pierwszych pięciu zer na koncie społecznej zbiórki.

Mamy nowe tezy ekspertów. Ja wiem, że epidemiolog ma swoje zdanie – ma nie patrzeć poza społeczne konsekwencje swoich epidemiologicznych teorii, ale są granice brawury. Dla mnie to nawet i korzystne jak taka konsekwentna logika doprowadza rzecz całą do absurdów. Naczelny epidemiolog Uniwersyteckiego Szpitala we Wrocławiu dr hab. Jarosław Drobik postuluje noszenie maseczek również w… domach. Jako że ciężko będzie władzy wyegzekwować tę sugestię, gdyby się przerodziła w nakaz – ekspert apeluje o „społeczną odpowiedzialność” w tej sprawie. Dla pana eksperta polecam analizę przypadku Hiszpanii, gdzie takie sugestie przebiły się do realnych wymogów lockdownu. Hiszpanie siedzieli w mieszkaniach rodzinnie przez dwa miesiące każdy w swoim pokoju, nie spotykali się ze sobą, rozmawiali z bliskimi za ścianą przez komunikatory. Jedli osobno, dezynfekowali łazienkę przed i po użyciu, ostrzegali innych kiedy wychodzą z pokoju. I co? I pstro – zapraszam do statystyk Hiszpanii. Ja wiem, że najbezpieczniejszy epidemiologicznie jest świat wyjałowiony od głównego roznosiciela patogenów, czyli człowieka, ale jak żyć panie ekspercie?

W tym tygodniu pojawiła się szczepionka. Ja już mówiłem, że jak się pojawi jeszcze w tym roku, to nie uwierzę w takie tempo jej przygotowania. I albo była gotowa już wcześniej (nigdy tak szybko nie wynaleziono szczepionki na patogen), albo jest niebezpieczna, bo nieprzebadana. Dobrze to ilustruje zamieszczony w internecie film autora niegdysiejszej „Sondy”. Na razie jesteśmy po fazie badań, która ma wykazywać, że szczepionka nie szkodzi. Teraz pora na fazę zbadania czy leczy. Ale jesteśmy w innej, bardziej interesującej fazie szczepionki – jej monetyzacji. Po wieści o jej wynalezieniu akcje Pfizera skoczyły jak Małysz, ale co ciekawe – prezes firmy, Alber Bourla, sprzedał 62% swoich akcji w dniu ogłoszenia o sukcesie szczepionki, co jest dość dziwne, bo takie transakcje trzeba zgłaszać na tygodnie wcześniej. Czy już wtedy prezes wiedział, że szczepionka jest sukcesem? Czemu sprzedał następnego dnia, skoro akcje firmy dopiero ZACZYNAJĄ rosnąć, wraz z optymizmem związanym z cudownym działaniem szczepionki? A może właśnie wie, że to była górka, bo z tą szczepionką to nie tak szybko i nie wiadomo czy w ogóle. Cała informacja dla spragnionego jej świata pochodzi przecież wyłącznie od producenta i nie została zweryfikowana przez niezależnych naukowców.

Mamy nowe postępy w zdalnej diagnostyce. Opracowano cyfrowy algorytm, który potrafi rozróżnić „kowidowy” kaszel od „niekowidowego”. Naukowcy z Massachusetts twierdzą, że ze skutecznością 98% wykryje ona koronawirusa. Wystarczy tylko kaszlnąć do słuchawki. Przyda się na spacerach i po spotkaniach ze znajomymi i ukochaną, by zobaczyć czy wszystko było ok. Wróżę wielką karierę, bo kto by nie chciał mieć takiej apki? No i to zamurowanie teleporad na zawsze. Z takim narzędziem w rękach diagnostów telefonicznych to długo lekarza nie zobaczymy na żywo. Chyba że w serialach, ale tam tylko jakieś staromodne czasy – szpitale bez hełmów, lekarze przyjmujący pacjentów w izbach przyjęć, kolejki w przychodzniach. Nasze wnuki nie będą wiedziały o co kaman.

Ostatnio nurtuje mnie kwestia jedzenia. Od kiedy zauważyłem, że kwestie lockdownowe powoli ograniczają nam asortyment do artykułów uznanych przez władze za „istotne” widzę, że już od dawna poddani jesteśmy temu procesowi. Kiedyś to się chodziło do hipermarketów na zakupy. Tam było z 50 rodzajów sera, kilkadziesiąt sortów mleka, cuda-wianki i kilometrowe półki. Powoli, poprzez bliskość od domu, nasze zakupy zmieniły się na lokalne, impulsowe akty, zamiast wielki zakupów wieloasertymentowych w hipermarketach na obrzeżach miast. A to wymaga… znacznego ograniczenia asortymentu produktów. Ilości i marek. Po co 50 serów? Masz mieć dwa-trzy, no bo jeden miękki, drugi twardy, trzeci pleśniowy. I już. Po co drążyć? Jakieś marki? A co za różnica, jak marką jest de facto Biedronka, Żabka czy Lidl?

Teraz mamy już nowe ułatwienia. Ciekawy artykuł Roberta Gwiazdowskiego o inżynierii społecznej związanej ze… znakowaniem żywności. Otóż wprowadza się system F2F (od pola do stołu), który będzie zmuszał do znakowania żywności. Literka A na niebieskim tle – dobrze, E na czerwonym – źle. Odpowiednie oznaczenie przyznaje algorytm, a tego nie pisze inny algorytm, ale człowiek. Otóż będą porównywane parametry produktu z normą zalecaną przez Unię Europejską. Można się spodziewać, że takie „obrazkowe” oznaczanie artykułów kompletnie już zniechęci konsumentów od zaglądania do składu produktów, zaś posłuży do eliminowania naszych ulubionych kabanosów na przykład. Bo kto weźmie do kasy produkt „na czerwono”? Ba – który sklep zamówi takie produkty na swoje półki, które na odległość będą straszyć klientów? Pamiętam kiedyś to się zaczęło od małych stoisk ze „zdrową żywnością”, jakby cała reszta nie była zdrowa (a więc przyznajecie się?). Potem były produkty, następnie całe sklepy z ekożywnością. Teraz będzie chyba odwrotnie – wszystko będzie zdrowe i eko, za to po jednym produkcie na kategorię, tylko dla żywnościowych foliarzy jakieś niszowe sklepy w zaułkach chińskich dzielnic wielkich miast i przemyt na dworcach wiozących przemytników nieoznakowanej żywności z polskiej wsi. Strach jak łapio… i: „widzisz synku – tak wygląda baleron?”.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: