7.10. Nieoczekiwany podział

7 października, dzień 219.

Wpis nr 208

zakażeń/zgonów/ozdrowień

107.319/2.792/75.346

Ostatnio złapałem się na tym, że jestem świadkiem zjawiska, które dotąd umykało mojej świadomości. Otóż zobaczyłem, że w kwestii wiary lub niewiary w koronawirusa idzie podział w poprzek całego narodu, co ciekawe – w dużej mierze wbrew ustalonym i zakonserwowanym granicom frontu wojny polsko-polskiej.

Od razu zaznaczam, że w kwestii niewiary w koronawirusa to nie dam się wciągnąć w płaskoziemstwo, to znaczy dla wszystkich tych, którzy wierzą we wszystkie koronawirusowe wieści łatwo jest sceptyków w tym względzie ustawiać w narożniku idiotów i zarzucać im wszystkie wady a la Kraśnik. Nie, tak nie jest – uważam taki zabieg za unikanie dyskusji, za nieczysty chwyt, w którym oznaczamy kontrdyskutanta jako wariata, a więc zwalania nas to także z dyskusji i racjonalizacji argumentów. Nie będzie tak łatwo.

Mamy dwie grupy: jedną która wierzy w oficjalne przekazy, zakres oddziaływania koronawirusa i jego pandemiczny charakter oraz wszelkie działania w obrębie diagnostyki i raportowania zachowania się wirusa, wraz z poddaniem się obostrzeniom. Druga grupa kwestionuje statystyczny poziom śmiertelności, uważa, że nie ma żadnej pandemii, zaś co do wiarygodności testów to ją podważa. W związku z tym kwestionuje przede wszystkim adekwatność podjętych środków w stosunku do (według nich) niewielkiej skali zagrożenia.

Ta grupa nie mówi, że wirusa nie ma, nie mówi, że nikt na niego nie umarł. Mówi tylko – to żadna pandemia, co wykazuje statystka, a więc zachowanie Polski i większości świata to przesada. I tu dopiero się zaczynają rozróżnienia, ze względu na to kto i jakie powody uznaje za przycznę tego, że „świat zwariował”. Grupa ta gromadzi dowody głównie z rzeczywistości uważając, że fakt zatykania jej gęby, cenzury i wyśmiewania bez możliwości skrzyżowania argumentów obu stron jest nadużyciem, do którego uciekają się tylko winni, którzy chcą uniknąć konfrontacji. Tych pierwszych nazwijmy dla porządku koronaentuzjastami, tych drugich – koronarealistami. Nie dlatego by od razu wyrokować pozytywnie o tych drugich, ale ukuty już termin „koronasceptycy” zawiera w sobie wspomniany już wyżej element oceny, jakoby ta grupa kwestionowała w ogóle istnienie koronawirusa. A tak, jak już pisałem, nie jest.

I teraz zauważyłem pewną prawidłowość. Ten podział biegnie w poprzek podziałów wojny polsko-polskiej. Wśród koronaentuzjastów znajduje się cała lewica i w ogóle „totalni” oraz duża część zwolenników PiS-u. W gronie zaś koronarealistów nie uświadczysz nikogo z lewej strony, a tylko tę bardziej konserwatywną część Polaków. Oznacza to, że jest to inny niż polityczny podział. A więc nie widziałem lewaka, który kwestionuje kowidowe aksjomaty, właściwie pisowca też nie. Okazuje się, że po stronie koronarealistów pozostali właściwie tylko wolnościowcy, czyli podział jest właściwie – aksjologiczny.

Przypatrzmy się tym podziałom, a wtedy znajdziemy linie demarkacyjne przebiegające inaczej niż podział PO-PiS. Nagle wielu pisowców znajdzie się po stronie swych zagorzałych wrogów. To nie jest takie proste, że podział idzie indywidualnie według ludzkiego kryterium strachu. Wtedy by nie było takiego rozdziału, bo strach nie ma znaczącego charakteru politycznego. Natomiast reakcja na niego – już tak. Nie chcę pisać, że maseczkowcy to tchórze, a denialiści to chojraki. Tak nie uważam. Wielu z maseczkowców chce się zachować „odpowiedzialnie” uważając, że nie noszą maseczek nie ze strachu, ale przez szacunek dla innych osób, które mogliby zakazić. Taką postawę warunkuje tylko jeden, wątpliwy argument, bezobjawowe zakażanie.

Ale wróćmy do aksjologii. Koronaentuzjaści mają dość bezkrytyczny stosunek do oficjalnych komunikatów na temat koronawirusa, choć tu widzę pewne pęknięcie: „totalni” nie wierzą tej władzy za grosz, z wyjątkiem… komunikatów o wirusie. Tu jest wszystko ok, no czasem posłużą one do argumentów, że rząd sobie słabo radzi. Za to zawierzenie u prawicowych koronaentuzjastów motywowane jest czym innym – nie można kwestionować postanowień „naszego rządu”. To samo z bezkrytycznym stosunkiem do slalomu obostrzeń. Co ciekawe kowid rozgrzesza kwestie konstytucyjne, bowiem totalni, dodajmy literalni, obrońcy Konstytucji godzą się na jej zawieszenie w przypadku braku prawnych podstaw do obostrzeń. Tu – co ciekawe – to tylko koronarealiści mogą krzyczeć, i krzyczą, – K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A! K-O-N-S-T-Y-T-U-C-J-A!

Sceptycyzm co do adekwatności środków podjętych w walce z „plandemią” (jak mówią nasi koronarealiści) pasuje do innej postawy. Wolnościowej. A wolnościowcy mają z założenia krytyczne podejście do działań panoszącego się (zwłaszcza w koronapandemii) państwa. Nie wierzą w oficjalne komunikaty, weryfikują je, są sceptyczni wobec działań stadnych. Mimo oskarżania ich o płaskoziemstwo – starają się być racjonalni. Bo więcej jest racjonalizmu w statystycznych argumentach niż w emocjonalnych wyzwiskach strony przeciwnej.

Koronaentuzjaści będą chcieli, by państwo kwarantannowało co się da jak w słupkach codziennych komunikatów telewizyjnych drgnie. Ci drudzy będą mówili jedno – wirusa nie można wyleczyć inaczej niż poprzez wytworzenie mechanizmów odpornościowych u większej części populacji. Trudno się też nim NIE zakazić. Więc dbajmy o odporność, którą kwarantanna… osłabia. Opiekujmy się starszymi, zróbmy dla nich bezpieczne procedury, bo tych chorych na inne choroby koronawirus szybko wykańcza. Ale to nie może być cena za złamanie gospodarki. A zdrowa większość – na spacery i do lasu. I dobrze jeść.

Koronaenruzjaści są szybcy do krótkoterminowej, bezrefleksyjnej perspektywy emocji. Puśćcie sobie Państwo te wspaniałe piosenki gwiazd nagrywane po domach w kwarantannie pt. „Zostań w domu”. I mata co chcieliśta. To właśnie autorzy tych piosenek dali sobie kwarantanną (trwającą szczątkowo do dziś) najwięcej w kość w teatrach i na koncertach. Wynik – na czystego kowida zmarło około 300 osób w Polsce. Od początku pandemii do dziś. Z powodu strachu pacjentów i utrudnienia dostępu do innej niż kowidowej służby zdrowia umarło i umrze tysiące zaniedbanych pacjentów. Ale to rachunek rozciągnięty w czasie, którego nie przedstawią nigdy media.

Zostaliśmy w domu i wielu powie, że dzięki temu mamy tak mało zakażeń, ale to był kwiecień-maj. Dziś mamy październik, co oznacza, że wirus, który się wylęga podobno do dwóch tygodni jest co najwyżej wrześniowy. A więc to efekt naszego otwarcia, które trzeba teraz cofnąć, bo jutro umrze na kowida 5 osób? Nie bardzo – niczego w kwietniu-maju kwarantanną nie załatwiliśmy. Testowaliśmy tylko po wielokroć mniej. Myślę, że jakby tak zbadać populację Polaków to parę milionów miałoby pozytywne testy. I żyją, nawet o tym nie wiedząc. A że zakażą niewinną resztę, a więc do masek i kwarantann?

Powiem brutalnie – nie opłaca się. Tak jak nie opłaca się uziemić wszystkich samochodów, które koszą o wiele więcej ludzi. Tak jak nie opłacało się dwa lata temu zakuwać wszystkich w maski i zamykać firmy, bo była grypa. Grypa, która miała porównywalną liczbę śmiertelnych przypadków co kowid. Ostatnio bowiem okazało się, że te kilkadziesiąt ludzi zmarłych co roku na grypę to humbuk. Jak przed kowidem umierał pacjent z chorobami współistniejącymi to mu się wpisywało (obok dwóch innych) tzw. pierwotną przyczynę: umierał na niewydolność płuc, raka, cukrzycę. Ale rzadko kto wpisywał w rubryce „przyczyna śmierci” – grypa. Nawet jak zmarły ją miał. A nie wiadomo, czy miał, bo na grypę po i przed śmiercią nie badano testami pana Drostena. A teraz – a owszem. Najpierw test a potem – może cię przyjmą do szpitala. I jak taki pacjent dzisiaj skona wraz z chorobami współistniejącymi to lekarz często wpisze „kowid”, jako przyczynę wyjściową, jeśli test na niego był pozytywny. A którą z trzech wpisywanych w rubrykę nr 18 przyczyn zgonu dają do statystyk i mediów – Bóg raczy wiedzieć. Mogę podejrzewać, że jak tam jest choćby w jednej z pozycji „kowid”, to wynik idzie w świat.

Ale nie wyjdziemy z tego. Bo to już nie jest kwestia argumentów, tylko postaw życiowych, a więc rzeczy, którą człowiek ciężko zmienia. Zwłaszcza kiedy się to wiąże z konstatacją, że wcześniej mógł się mylić. I działa to w obie strony kowidowych podziałów.

Dla mnie to powód do pewnej satysfakcji, bo mogę zaobserwować, że wieczne podziały na fronty wojny polsko-polskiej czasami są uchylane. To fenomen, ale szkoda, że takim elementem zmieniającym te podziały może być tylko… strach.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: