9.11. Amerykanie liczą. Na siebie.

9 listopada, dzień 982.

Wpis nr 971

zakażeń/zgonów

538/17

Dziękuję za wsparcie mojego bloga, proszę o ciągłą pamięć

Wersja audio wpisu

I mamy wybory w USA. Pierwszy test władzy, która zmieniła Trumpa. Pora więc na rachunki, które wystawia suweren. A nie jest dobrze, bo 75% Amerykanów uważa że z gospodarką i demokracją jest źle. Pytanie tylko o remedia. U nich też jest wojna amerykańsko-amerykańska, plemienna i naznaczona piętnem wyboru mniejszego zła. Objawia się to tym, że choć większość nie jest zadowolona, to wcale nie znaczy, że ci, którzy popierają obecną władzę i jednocześnie martwią się o sytuację, będą za to winili tych u steru. Wizja powrotu do władzy tych strasznych przeciwników przysłania niedogodności stanu obecnego, ba – wini się tych przecież nie u władzy za stan obecny. Coś tak jak u nas, a więc nie trzeba dużo tłumaczyć jak to chodzi.

Amerykanie liczą długo i dokładnie. Złośliwi mówią, że liczą tak długo, aż wyjdzie co ma wyjść. To ci, którzy przejęli się stylem liczenia głosów w poprzednich wyborach prezydenckich i dostarczają coraz to dowodów na wyborcze fałszerstwo. No, jak się zobaczy jak oni tam to mieli zorganizowane, z wyborami korespondencyjnymi włącznie, to ich system wygląda na dziurawy jak sieć, której właśnie istotą jest dziurawość. Gdyby taki system był u nas, to wszyscy biliby na alarm, zaś wałki wyborcze byłyby już systemowo nagminne. Zaprawdę trzeba im tam posłać jakiś nasz komitet ochrony wyborów, by się nauczyli łatać podstawowe dziury w sicie. Bo oni tam mentalnie nie są przygotowani na takie coś. Do głowy (kiedyś) nie przychodziło – jak można kalać manipulacją tak świętą rzecz jak wola wyborców. No – nie wypada nawet o to podejrzewać elit politycznych.

A mamy, również powtórkę z innej polskiej rozrywki. Idą łeb w łeb. Nie dość, że liczą dniami, to jeszcze okazuje się, że większość matematycznie jest milimetrowa i jeden-dwa mandaty mogą przewrócić do góry nogami cały paradygmat dotychczasowej polityki. Tak jak u nas – plemiona są zrównoważone i gra toczy się do końca. A tu – lokale zamknięte a ci wciąż liczą, jakieś maszyny się psują, Trump grzmi, że to kolejne oszustwo, kapryśny języczek u wagi przesuwa się raz na jedną, raz na druga stronę. A tu może dojść do dużych przesunięć, bo i Senat, i Izba Reprezentantów, o gubernatorach nie wspominając, właśnie tak się bujają i nie wiadomo która szalka przeważy.

Ja zaobserwowałem jedną nieciekawą rzecz u Republikanów, za którymi jestem, gdyż nie chce widzieć Stanów w okowach komunizujących demokratów. Otóż w kampanii pojawił się wątek kowidowy. Republikanie są nagle cali za rozsądkiem, przywróceniem normalności, wręcz rozliczają (obecne) władze za sanitaryzm, wyciągają nieciekawe fakty o szczepieniach i skutkach lockdownu, za Czarnego Luda robi tam znienawidzony doktor Fauci. Ja oceniam ten ruch za taktyczny, wynikający z cynicznej egzegezy badań opinii publicznej. Po prostu ten typ elektoratu chce, by ktoś poniósł za to odpowiedzialność, a przede wszystkim zagwarantował, że filary kowidianizmu zostaną na wieki zburzone, by podobny potworek nie wrócił.

Ale to przecież za Republikanów, za Trumpa, wprowadzono te obostrzenia. To Trump oddał władzę sanitarystom, przyklepał drogę, którą później poszedł świat. A więc te utyskiwania na kowida trzeba skierować najpierw do siebie. By były autentyczne trzeba stanąć w prawdzie i powiedzieć – przepraszamy, myliliśmy się, wybaczcie. Bez tego takie rzeczy trzeba by kierować do samego siebie. Dlatego uważam tę figurę za karkołomną. Ja bym jednak wolał, by liderem odrodzonych Republikanów stał się gubernator Florydy – Ron DeSantis. Ten nie ma się z czego tłumaczyć. Floryda w pandemii zachowywała się porządnie. Nie kupowała tych wszystkich sanitaryzmów, jego administracja nawet dziś zadaje trudne pytania federalnym decydentom. Tak trudne, że ci je przemilczają.

Oczywistości takie jak to, że po odmowie wejścia w federalny sanitaryzm Floryda miała i ma wzorcowe wyniki epidemiologiczne – to już truizm. Wystarczyło po prostu nie ulegać napędzanej histerii, oprzeć się o naukę i logikę. Tylko tyle. Taki mamy świat, że za zachowanie podstawowego rozsądku człowiek ląduje na pozycjach wizjonera, męża stanu, który się genialnie zachował. A to tylko dowód na to, jak bardzo odjechał świat. Jest bowiem tak, jak powiedział pewien prorok – nadejdą takie czasy, że wszyscy oszaleją i będą mądrego oskarżać o szaleństwo mówiąc – jesteś szalony, bo nie jesteś taki jak my.

I jestem za tym by DeSantis był kandydatem na prezydenta. Człowiek pasuje lepiej niż Trump, który w czasach kowidowych przyłączył się do stada naganiającego kowidową panikę, potem sanitaryzm. A wystarczyło się tylko zwrócić do gwarancji swobód zawartych w ichniej konstytucji, by zobaczyć, że taki zakres zawłaszczenia wolności przez władzę nie ma tam żadnego uzasadnienia. Za to infekuje ją do stwarzania sytuacji nadzwyczajnych, by tę nadzwyczajną dystrybucję władzy utrzymać jak najdłużej i jak najdalej od ustrojowych hamulców gwarantujących wolności obywatelskie. I taka jest moim zdaniem nauka z kowida.

Trump nie zdał egzaminu, w najlepszym przypadku – dał się ograć. Teraz raczej ciąży Republikanom. Pora na nowy powiew (huragan?) z Florydy.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.     

2 thoughts on “9.11. Amerykanie liczą. Na siebie.

  1. Ale zdaje się że demokraci mieli jednak większość za czasów Trumpa? a prezydent w sprawach wewnętrznych nie ma tam aż takich uprawnień jak w polityce zagranicznej. Czy się mylę? Tak czy inaczej De Santis brzmi nieźle i nie miałbym nic przeciwko. Zwłasza, że może nie byłby tak prożydowski jak Trump. Bo teraz to niestety jesteśmy ważnym sojusznikiem bla bla ale decydujący głos w naszych sprawach mają w tej układance Żydzi. Np. dopóki chcemy aby USA było naszym suwerenem w rozgrywkach z Rosją to nie doczekamy się żadnej ekshumacji w Jedwabnem i skazujemy się na dźwiganie piętna sprawców holokaustu. Dzięki temu może Rosja nas nie ograbi ale Żydzi owszem. Trudna ta układanka, zwłaszcza że role są dawno rozdane a nowym aktorom wstęp wzbroniony.

  2. Pan redaktor to optymista. Który ważny polityk przeprosił za jakieś błędy, które sam popełnił? Ja sobie nie przypominam. Trump też nic nie mówi o sowich porażkach, błędach, a startując sugeruje jakoby jego kadencja była OK.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: