28.06. Koszący lot orła białego

0
orrre

28 czerwca, wpis nr 1414

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Videoblog

Jak się zbliżało lato to się pojawiał zaraz tzw. sezon ogórkowy w mediach. Oznaczało to nadawanie lekkich i bzdurnych tematów, gdyż świat polityczny udawał się na urlop. Było to, uwaga! nawet w czasach komuny, która – jak nam się wydawało dziś starym, a wtedy naiwnym – i tak upolityczniała wszystko co się da. Teraz można tylko pomarzyć o latach tej błogości – świat się zmienia, nie patrząc na nasze plany urlopowe i dziś trudno o spokój w świadomości tzw. opinii publicznej. Mamy dwa wielkie wątki narracyjne, które jak imadło ściskają głowy publiczności, co bardziej wyrywnym i zaangażowanym spędzając sen z powiek, nawet na drożejących wczasach.

W szczękach imadła

Mamy więc dwie szczęki tego narracyjnego imadła – jedną na użytek wewnętrzny, a chodzi tu o aferę ze Szpitalem Południowym, oraz zewnętrzną coraz bardziej sferę, którą można operacyjnie nazwać wojną na ordery. Mają one dwie cechy wspólne – rozwojowość, gdyż wątki dopiero się rozpędzają oraz właściwość drugą – plemienność wojny polsko-polskiej. Ten ostatni wątek, wchodzenia każdego zdarzenia i inicjatywy w tory manichejskiego ładu, podziału na dobro i zło, który obowiązuje bezwzględnie i nieodwołalnie. Jest przymiotem narodowym naszym tak przemożnym, że może być, i jest, wykorzystywany nawet przez czynniki zewnętrzne, które znając tę naszą przypadłość mogą nami wysterowywać w dowolnym kierunku. Dziś chcę się zając jedną tylko szczęką – aferą orderową.

Wątek szpitalny jest mocny i rozwojowy, a więc trzeba poczekać aż dojrzeje, gdyż może się okazać tak wielowątkowy – od kwestii łapówkarstwa, upartyjnienia państwa, wyższości samomianowanych elit nad NFZ-towskim ludem, aż po realne wnioski na temat (dez)organizacji systemu służby zdrowia. Publiczności umyka tu zasadniczy wątek – przy takim podejściu aparatu państwa do rewelacji od insajdera z SOR-u w Szpitalu Południowym, cały system, łącznie ze specjalną ustawą, ochrony tzw. sygnalistów właśnie się pogrzebał. Po takiej jeździe po sygnaliście nikt nigdy i nigdzie w Polsce nie zgłosi do organów żadnej zauważonej nieprawidłowości. Bo ci przyślą prokuratora, który przed kamerami opowie jak zeznawałeś, odmówi ci prawa do prawnika, zaś media cię z linczują krzycząc: „masz dowody?!?”. Na koniec wyjdzie zaś premier i publicznie podważy wiarygodność sygnalisty i zrobi to szef rządu, który kiedyś, w kampanii wyborczej, powoływał się na „postać znaną”, patusa, którego rewelacje cytował publicznie bez zająknięcia. Nie, nie będziemy (dzisiaj) tu o tym mówić. Pomówimy za to o aferze orderowej.

New order

Nazywam ją orderową dla porządku, a właściwie – początku, bo od tego się zaczęło. Co prawda ordery to były tylko iskry, które okazało się padły na wielkie i gotowe zapasy prochu wzajemnych polsko-ukraińskich, jak widać w swej skali, skrywanych dotąd, delikatnie mówiąc, animozji pomiędzy naszymi narodami. Sam aspekt orderowy nie jest tu bez znaczenia. Zaczęło się od deklaracji odebrania orderu Orła Białego w wykonaniu prezydenta Nawrockiego wobec prezydenta Ukrainy Zełenskiego. W zamian posypało się odsyłanie z Ukrainy odznaczeń polskich do nadawców, dzięki temu tylko naród dowiedział się komóż to III RP była (ale za co, to się nie dowiemy) wdzięczna na różne sposoby. Było tego sporo, bo wielu orderów (jeszcze?) nie odesłało. Dużo się też dowiedzieliśmy o samym orderze, co skłoniło mnie w publicystyce pisanej w najbliższym tygodniku „Do Rzeczy”, do wysunięcia postulatu, aby order ten wygasić.

Najciekawsza była próba symetrycznego odwetu orderowego – nasi, ale tylko z jednego obozu, PiS-u znaczy się, zaczęli odsyłać z kolei ordery do Ukraińców – i znowu mogliśmy się dowiedzieć jak i jakich naszych obdarowywała (i za co) Ukraina. Też było tego sporo i widać, że wymiana barterowa order-za-order szła na całego. Najbardziej spektakularny był początek obiegu wewnętrznego orderowej hucpy kiedy (nie wiadomo dlaczego) w ramach protestu jakiś parlamentarzysta z PO zwrócił polskie odznaczenie polskiemu prezydentowi. Permutacja możliwości i wariantów wskazuje, że możemy się spodziewać, iż w ramach protestu jakiś Ukrainiec zwróci ukraińskie odznaczenie Zełenskiemu, ale niedoczekanie wasze. W życiu.

Ciekawostki wychodzą w ruchu prezydentów Ukrainy, którzy zwrócili swoje Orły Nawrockiemu w ramach protestu, a właściwie aktu solidarności z Zełenskim. Wskazuje to na jednak genetyczne poparcie ruchów banderowskich, idące na wskroś całej krótkiej historii nowożytnej Ukrainy. Są jak widać tam pewne wspólne wartości, ponad podziałami i ekipami i należy do nich kult banderowszczyzny, o czym z zaskoczeniem dowiedziała się i Polska, i świat i zdaje się, że sporo Ukraińców. Co ciekawe ordery odesłali prezydenci i Kuczma, i Juszczenko, i Poroszenko, ale nie odesłał ponoć prorosyjski Janukowycz. Co ciekawe Janukowycz był jedynym prezydentem, który odwołał na Ukrainie kult Bandery, ustanowiony przez swego poprzednika. Tak to się dziwnie układają losy banderyzacji. Widać też, że order rozdawano na prawo i lewo i stosunek danego wodza Ukrainy do Rzezi Wołyńskiej nie miał u Polaków żadnego znaczenia. Dostawali wszyscy, ale tylko jeden nie przyznał się do kultu banderowskiego. Ale to był człowiek Putina, o czym wszyscy przecież wiemy…

Racje i narracje

Zostawmy te ordery, czekajmy na ruchy naszych obdarowanych – do gestu się poczuł i Lech Wałęsa, który ma przecież ukraińskie najwyższe odznaczenie (Jarosława Mądrego, drugiego stopnia), ale Lechu rzucił tylko ukraińską przypinką. Dziwi takie przywiązanie bądź co bądź do orderu imienia jego śmiertelnego lokalnego wroga. Z tym Wałęsą to w ogóle kłopot jest, bo – znowu – nie wyczuł ci on mądrości etapu, że wszelkie ruchy protestacyjne wobec Ukrainy są niemile widziane przez polityczne grono, które Lechu popiera, gdyż kwestia konfliktu Polska-Ukraina weszła na tory wojny polsko-polskiej. A nasze wałęsowskie dobro narodowe jest już dawno obsadzone w tej wojence jako zabytkowy parowóz uśmiechniętej światłości Tuskowej. Ale się Bolkowi wytłumaczy, zresztą sam do tego dojdzie, tyle, że ze zwyczajowym opóźnieniem.

Ale obiecałem pozostawienie tych orderów w spokoju, choć ręka świerzbi do szydery, bo to są kurioza. Najbardziej interesujące i płodne co do wniosków natury ogólnej i przewidywania przyszłych wypadków jest przyjrzenie się różnym narracjom i ich emitentom, po to by zobaczyć za nimi prawdziwe intencje graczy orderowych oraz ich wielopoziomowe i długotrwałe możliwe konsekwencje. Na początku uwagi natury ogólnej. Cała afera została stopniowo uplemienniona. Tak jest zawsze, gdyż plemienne grona wzmożone i towarzyszące im kompatybilne media nie znają innego aparatu poznawczego – wszystko jest albo dobre dla nas i kompletnie złe dla plemienia przeciwnego (opowiada się, że dla Polski), albo na odwrót. To automat czarno biały, działający od razu. Tu z Ukrainą po orderze okazało się, że trzeba trochę odczekać. PiS był od razu za, ale Tusk się wahał – tak zaskoczył go zbadany wysoki stopień poparcia Polaków wobec inicjatywy. Ale bez polaryzacji ani rusz – nie może sobie na stole polsko-polskiego konfliktu domowego leżeć jakiś temat niezorganizowany – wszystko musi być wessane przez tego jamochłona. I ruszyła maszyna – najpierw powoli, jak żółw ociężale, a teraz biegu przyspiesza i gna coraz prędzej, by skończyć jak zwykle (tu już muszę zacytować):                                                                                                                                    A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha,
Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki kołami ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…

Wątki uśmiechnięte

Mamy więc już bez żenady aferę orderową postawioną na torach wojny polsko-polskiej, co dowodzi, że – szczególnie plemię uśmiechnięte – użyje, albo i zbezcześci wszelkie pozostałe jeszcze pewniki narodowe, jak choćby pamięć pomordowanych, byle by tylko dowalić stronie przeciwnej. Mało tego – do tego nurtu zaprzańskiego zaczynają docierać argumenty wyraźnie suflowane przez Ukrainę. Polacy już bez żenady bredzą o symetryzmie UPA-AK, zrównują akcje odwetowe na Ukraińcach za rzeź w wykonani AK z ludobójstwem zaplanowanym w niemieckich mundurach. Śpiewamy tu w Polsce już bez żadnego wstydu piosenki do melodii wygrywanej na ukraińskiej bandurze. Tuskowi wykazują, że rzeź rzezią, ale liczą się dobrosąsiedzkie interesy ponad pamięcią zbiorową, która zawsze jest dyskutowalna. Tu pojawiają się postulat:y historycy do historii, pisarze do piór, a pasta do butów.

Mądrale pokazują jakieś inne benefity naszej współpracy, co trochę trąci zawoalowaną groźbą, że przez krewkiego kibola w Dużym Pałacu możemy dużo stracić, bo się na nas Ukraina może obrazić. Wskazuje się – znowu fałszywie – na dodatni bilans pobytu u nas Ukraińców, ten mityczny pozytywny bilans wpłat pracujących Ukraińców do budżetu versus koszty świadczeń społecznych od Polski do Ukraińców. Nie chce mi się pochylać nawet nad tym bilansem, który ewidentnie zawyża daniny ukraińskie i zaniża nasz rzeczywisty koszt naszego goszczenia Ukraińców. Pomijając już sam fakt, że niezmierzone są do dziś koszty turystyki leczniczej i emerytalnej, które zrujnowały oba polskie systemy. Powtarzamy więc te kalki już jako zinternalizowane, to znaczy Polacy to suflujący myśląc, że sami do tego doszli, nie wiedząc, że jest to jeden z punktów przekazu narracji, które dostali nie tylko ukraińscy dyplomaci, ale i służby (tak zeznaje np. ekspert od tych spraw, redaktor Parafianowicz).

Kolejnym argumentem mrożącym pt. Ukraina nam teraz pokaże, jest to, że mamy dodatni (a jaki możemy mieć z krajem wojującym?) bilans handlu zagranicznego. No, eksportujemy na Ukrainę, ale to chyba naturalne, choć jak tak dalej pójdzie to Ukraina, nie tylko geopolitycznie, ale gospodarczo będzie nas omijać, ale komu wtedy sprzeda swoje zboże techniczne jako jadalne? Ważnym przykładem jest tu niedawna konferencja w Gdańsku, która wymaga osobnego omówienia.

Konferencja w Gdańsku

Postawmy sprawę na nogi: Konferencja miała dotyczyć odbudowy Ukrainy po wojnie. Ja widziałem i uczestniczyłem w wielu takich spotkaniach. One po pierwsze mają sens, jak pojawia się jakaś szansa na koniec konfliktu, bo inaczej rozmawia się o pszczołach – nikt przecież nie będzie inwestował pod bombami. Takie spotkania są mocno iluzoryczne. Po drugie – niejasna jest rola Ukrainy. Jakim podmiotem tu jest Kijów? Ma kasę i decyduje kto ją dostanie? Jeśli tak, to skąd ta kasa? Czyż nie stanowi ona części środków podarowanych (pożyczonych?) przez podmioty, które teraz wybierze się (przez Ukrainę?) na wykonawców? Byłaby to dziwna konstrukcja – konsorcjum przyszłych nie wiadomo czy wybranych konsorcjantów zrzuca się na darowiznę, która później ląduje w rękach obdarowanego i ten wybiera po uważaniu kto nią dostanie? Myślę, że jest inaczej, że kontrahenci przychodzą z własną kasą i oni dyktują warunki. Polska więc nie ma tu wiele do gadania.

To prawda, ale nie w opowieści – klęska polskiego udział w polskiej konferencji jest tłumaczona i zrzucana na Nawrockiego. Jego nieprzyjazny gest ma nas – uwaga! w sposób UZASADNIONY ze strony obrażonych Ukraińców – pozbawić szansy na dobre kontrakty. Te jednak długo przed konferencją w Gdańsku były już rozdane, może nie w formie umów, ale stworzonych ram finansowania i całej operacji wyłaniania beneficjentów. Nic więc Nawrocki tu nie zawalił, bo jest w tym względzie już dawno po makale, ale narracja będzie jednoznaczna – policzalne straty. Szefujący antypolskiemu Lwowi banderowski Sadowy, choć nie zaproszony, demonstracyjnie przybył do Gdańska i podpisał klika umów na kontrakty, demonstracyjnie pomijając w tych umowach firmy polskie. Zrobił to mer Lwowa, który okradł polską firmę, która zainwestowała na jego terenie, przyjechał do Polski (jak? Gdzie są służby?) i podpisał nowe kontrakty. Stają tu dwa zagadnienia – jaki naiwniak, mając na uwadze losy polskiej firmy, podpisał z tym szalbiercą jakikolwiek kontrakt? Po drugie – gdzie jest państwo polskie? Gdyby jakiś oczajdusza wykroił taki numer powiedzmy Amerykanom, to nie tylko nie wpuściliby go do siebie, ale aresztowali na granicy pod zarzutem okradzenia amerykańskiej firmy.

A co my mamy? Wychodzi minister Sikorski i mówi, że może to i dobrze, gdyż teraz wszyscy wiedzą, że trzeba uważać, zaś wiceminister MSZ odradza polskim firmom inwestowanie we Lwowie. A tymczasem cała pomoc dalej płynie z Polski na Ukrainę, jakby – Polacy, nic się nie stało. Ursula właśnie przywiozła do Gdańska informacje o pierwszej transzy z 90 mld euro, które Unia, łącznie z nami, de facto podarowała pod zastaw (uwaga!) przyszłych reparacji od Rosji, gdyż ta niechybnie i przegra tę wojnę, i zapłaci za szkodliwe. A więc znowu – Ukraińcy grają nam na nosie, my zaś pokornie płacimy za ten spektakl. Ale przecież robimy to dla kraju, który walczy za nas, gdyż inaczej ruskie onuce, tym razem z zewnątrz, zaleją nasz kraj. Ten argument jest też łyknięty przez Polaków – tu uwaga! od dawna i we wszystkich plemionach – z argumentacji ukraińskiej. Ale ona ma tylko sens do tłumaczenia Ukraińcom czemu siedzą w okopach, czemu mają się poświęcać, przymykać oko na kradzieże i łapówkarstwo, gdyż poświęcają się dla świata. A świat ma się wypłacać za takie poświęcenie, i takie postawienie sprawy powoduje, że właściwie to nie opłaca się tej wojny kończyć, skoro my (my? gdzie tam – lud!) się poświęcamy jako przedmurze, to trzeba becalen i to bez gadania o kosztach uzyskania wysiłku wojennego, którymi są obrywy ukraińskich oligarchów ze środków pomocowych. Tyle Polacy, zobaczmy na Ukraińców.

Dobra pozycja Ukrainy

Widać wyraźnie, że kiedy Nawrocki dał ponad trzy tygodnie Zełenskiemu na zastanowienie się wykazał się nasz prezydent naiwniactwem. Decyzja w sprawie imienia UPA dla jednostki była podjęta nieodwołalnie i podarowany przez Nawrockiego czas Zełenski wykorzystał jedynie dla przygotowania zmasowanej operacji medialnej, czekającej tylko na deklarację Nawrockiego, że order jednak odbierze. Dokładnie w tym dniu ruszyło wszystko – pojawiły się tysiące internetowych Ukraińców, zalewających polski internet z tymi wszystkimi spreparowanymi w wariantach wątkami: cała egzegeza historii naszych relacji, daty, nazwiska, miejscowości, argumenty, relacje – wszystko stało gotowe, powiązane w narracyjne paczki przepasane wstążkami farm trollowych. I Nawrocki tylko zamruczał i wszystko się wywaliło na Polskę. Nieprzygotowaną, bo głupią.

Jak już mówiłem, dla Ukrainy to wygodna pozycja – kłócić się i deprecjonować Polskę na gruncie historycznym. To pozwala na odwzajemnioną jak widać nadzieję, że co do reszty to będzie po staremu. Bodanow, którego wysłał do Polski na przeszpiegi Zełenski, bo zobaczył jak bardzo zdeterminowani są Polacy wrócił do Kijowa z dobrymi wieściami. Na tyle dobrymi, że ukraińskie media zapełniły się wieściami, że „udało się uniknąć najgorszego”. A co było najgorszego dla Kijowa? Ano to, że Polacy wyjdą ze strefy bojów o pamięć w sferę realnych interesów, ważnych dla Ukrainy. Zamkną Jasionkę, wywalą Starlinki, obniżą Ukrainie warunki eksportowe z poczekalni do Unii, z ale przede wszystkim będą się opierać członkostwu Ukrainy w samej Unii. A ponieważ – tu ponad podziałami – wszyscy włodarze Polski zadeklarowali kontynuację swej służalczej polityki realnej, Ukraińcy odetchnęli, w dodatku eskalując poziom sporu na obszarze pamięci, po to by skupić tam uwagę Polaków. Nie na groźnych dla siebie realnych posunięciach.

Mamy w ukraińskiej sferze publicznej już żałosne poziomy tromtadracji, które mogą już tylko absorbować wyjątkowo niskie stany wiedzy wzmożonych emocjonalnie, bo nie wiedzowo obywateli. Ukraińcy wytykają, że ten konflikt jest na rękę Putinowi, trzeba więc niesnasek unikać. Ale sami wypisują takie rzeczy, że Putin by tego nie wymyślił. A czemóż – pomyślicie – takich rewelacji nie prokuruje właśnie Putin? Ano jak dowódca jednostki dronowej ukraińskiej  w filmiku grozi, żeby nie podskakiwać, bo ukraińskie drony poleca gdzie trzeba i pokażą Lachom gdzie pieprz rośnie, skoro Polsce grozi dowódca ichniego WOTu i władze w Kijowie nic z tym nie robią, to znaczy, że to nie Putin nadaje i Kijów to co najmniej toleruje. A teraz odwróćcie sytuację – polskie generał wychodzi przed kamerkę i mówi, że za Wołyń puści na Lwów parę salw z Kraba. Toż to by się rozległ taki pisk, mundurowy by się pożegnał z wojskiem w trybie ekspresowym i dyscyplinarnym, Kijów by zawył, Zachód tak samo.

Na Zachodzi bez zmian?

Właśnie – Zachód, co na to Zachód? Tu też mamy plemiennie – uśmiechnięci mówią, że to wstyd przed Zachodem, że błazenada, że wszyscy wspierają, a tu Polacy poduszczeni przez ustawkowego prezydenta tak dokazują, wskazując na swój zapyziały, ale i samobójczy nacjonalizm. Strona odwrotna uważa odwrotnie: tu się pokazuje – chyba w ramach rekompensaty porażki na wszystkich innych polach – że świat dzięki aferze dowiedział się wreszcie co to za gagatki ci Ukraińcy. Ale jak to w znanej piosence z Grudnia’70: świat się dowiedział – nic nie powiedział. Zaprawdę świat ma inne problemy na głowie, niż graniczne spory jakichś zapyziałych Słowian. Nie przeszkadza to jednak skorzystać z szansy i pouczać Polaków choćby na żenującym poziomie niemieckiej ambasady w Polsce. Jesteśmy Bantustanem, a więc tak nas traktują.

Do czego prowadzą te wielowątkowe narracje? Po pierwsze, że u nas wszystko jest przewidywalne, bo zawsze trafia do czarno-białego podziału wojny polsko-polskiej. I zagranica na to gra, a więc i Ukraina. Państwo upadłe, ale jednak potrafiące grać ostro i racjonalnie z punktu widzenia własnych interesów. Kijów wyraźnie oddziaływał na wybory Węgrów, czemu więc miałby się nie zabawić w rozgrywaniu Polski przy gotowcu w postaci plemiennego podziału Polaków, do czego można się odwoływać bez końca? Po drugie – jesteśmy do czegoś przygotowywani: może na koniec wojny, którego niebezpieczne dla siebie skutki właśnie zniwelował sobie Zełenski. Wykazał się twardością, co prawda w obszarze kontrowersyjnym, ale nie dla Ukraińców. Może więc zbliżamy się do końca wojny, skonstruowanego na tyle, że Zełenski ocali głowę, ale może i stanowisko. Bo po rozejmie wybory na Ukrainie muszą się odbyć. Afera ujawniła złogi niechęci między narodami, z tym, że eskalacja i jej tempo ujawniania ze strony Ukraińców zaskoczyła Polaków, co stanowi znowu źródło narracji odwetowych wobec nie tylko władz ukraińskich, ale i samych Ukraińców.

Stany zapalne

Jest zapalnie – teraz wystarczy jakaś bójka, wpierdziel Ukraińcowi w powiedzmy Wrocławiu, oni tam u siebie w odwecie Polakowi, albo na odwrót, bo tu nie ma znaczenia kto zaczął – tę fazę sporu mamy już za sobą. I pojedziemy. Prochy są gotowe – a czy iskrę skrzesi krewki Polak, nagrzany Ukrainiec czy wreszcie ruski prowokator, to będzie już bez znaczenia. Tak skończyła się przyjaźń znad granicy w lutym 2022 roku. Gdybyśmy wiedzieli, że przyjmowani przez nas uciekinierzy mają ze sobą niewyrażony wtedy taki bagaż resentymentów, to nie wiem jak by było z tą pomocą… Teraz te czasy wyglądają dla nas jak okres jakiejś naiwnej do spodu mgły moralno-mózgowej. Te akty solidarności są już na przyszłość nie do odtworzenia. Ale tak to już jest, kiedy do relacji pomiędzy obywatelami wmieszają się czynniki polityczne: jedne ze swoja naiwnością, drugie – z wyrachowaniem. Teraz już nie będą stały na granicy tłumy matek z dziećmi. Jak nastanie pokój to przyjadą tu w ramach łączenia rodzin chłopaki prosto z frontu z pomysłami na Lachów jak ich tu ustawić w płaceniu rachunków za ciemiężenie Ukraińców i wbicie noża na końcówce, która z powodów oczywistych, bez tego wyglądałaby bardziej optymistycznie.  

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

                           

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *