1.03. Kowidowa płatna miłość – nomen omen…

1 marca, dzień 364.

Wpis nr 353

zakażeń/zgonów

1.711.772/43.793

Ciekawa rozmowa ze znajomym seksuologiem. Odezwał się do mnie po moim ostatnim wpisie z okazji Walentynek. Ja sobie tam pośmieszkowałem z seksu, a tu okazuje się, że kowid, tak jak i w innych sprawach, przyspieszył również i w intymnych relacjach ludzi pewne wcześniejsze trendy oraz wyznaczył nowe jakości. Jest więc poważnie.

Kowid, jak już sam intuicyjnie przeczułem, mocno zweryfikował tę sferę ludzkich relacji. Przypomnijmy, że marcowo-majowa kwarantanna znacząco ograniczyła kontakty i przemieszczanie się. Dla stałych par było to wyzwanie binarne – zwiększona częstotliwość seksu dla jednych ożywiła związek, dla drugich – skończyła się fatalnie. Było dużo eksperymentów i obroty firm od erotycznych gadżetów wystrzeliły pod niebiosa. Kochankowie w związkach mniej formalnych mieli trochę więcej jazdy, bo ich spotkania miały posmak pewnej nielegalności, co przydaje zawsze dodatkowych smaczków. Ciężko też się było spotkać – hotele nieczynne, a domu starzy albo mąż-żona. Od koleżanki też ciężko było wziąć klucze, skoro ona i tak siedziała w domu na narodowej kwarantannie.

Ciekawie również kształtuje się sfera seksu przez kowidowy internet. Portale randkowe, po zapaści z powodów ostrej kwarantanny wystrzeliły pod niebiosa. Ludzie szukają ludzi na różnych poziomach związku, widać wyraźny reset po pandemicznym zamknięciu. Mamy nowe otwarcia, ale głównie osadzone w okresach zelżenia ograniczeń. Wiadomo – socjalizacja jest pewną formą rytuału doboru. W czasach zamknięcia króluje seks online, filmiki, czaty i wideo na żywo.

Ale to są tylko taktyki. Kolega zwrócił mi uwagę na pewien znaczący fenomen. Chodzi o płatny seks, który przy anonsowaniu posługuje się różnymi akronimami, by klient mógł szybko dopasować swoje preferencje do oferty. Pełno tu takich skrótów, co aż wstyd czasami je rozczytywać, ale pojawił się nowy fenomen: GFE (Girlfrend Experience). Nie jest to jakaś technika seksualna, ale raczej klimat spotkania. Otóż okazuje się, że ten trend odpowiada na rosnące zapotrzebowanie ze strony mężczyzn, które ma znaczące uzasadnienie społeczne. Ale o tym później. Najpierw na czym to polega.

Mój znajomy tłumaczy, że klimat GFE jest wysublimowaną formą odgrywania ról między klientem a prostytutką i ma stworzyć wrażenie, że mężczyzna spotyka się ze swoją kochanką. Wszelkie formalności, uzgodnienia i płacenie za seks są ustalane przed spotkaniem, tak by w jego trakcie już od samego początku mógł odbyć się spektakl randki zakochanych. W sensie technicznym spotkanie nie ma głównie celu seksualnego, raczej chodzi o rzeczy zarezerwowane dotychczas dla „normalnych” związków, a więc pocałunki, pieszczoty, bliskość i rozmowę.

Tak, płatne panie zaczęły się całować. Przypomina się bohaterka filmu „Pretty woman”, którą grała Julia Roberts. Jej główną zasadą, i raczej całej „branży”, było „nie całujemy się z klientem”. Co prawda nasza bohaterka sama sobie zrobiła taki zakaz „żeby się nie zakochać”, ale to dowodziło tylko jej debiutanckiego braku profesjonalizmu. Dziś panie całują się z języczkiem bez takich ceregieli. Nasz klient, nasz pan. Wcale nie jakiś tam ukochany.

Według mego kolegi to wymowny znak zmiany męskich biegunów. Bo w płatnym seksie (a w przypadku klimatu GFE – płatnej miłości) w skrócie chodzi o to, by mężczyzna otrzymał to czego brakuje mu w domu lub w stałym związku. I tak jak wcześniej chodziło o zaspokojenie swego popędu albo potrzeby akceptacji swej atrakcyjności, których nie zaznawał w domu, to teraz przenosi się to powoli w sferę relacji psychologicznych i emocjonalnych. Oznacza to, że mężczyznom brakuje w domach… miłości i muszą płacić za jej atrapę prostytutkom, które stają się bardziej aktorkami odgrywającymi rytuały zapomnianej bliskości, niż obiektami do zaspokajania chuci.

To duża zmiana, w dodatku wbrew obiegowym opiniom o mężczyznach. Króluje bowiem w przekazie publicznym (szczególnie w tym feministycznie zideologizowanym) obraz mężczyzny jako szowinistycznej świni, która poniża kobiety, czerpiąc z tego satysfakcję. Te nowe trendy okazują się zadawać kłam takim stereotypom. Ten brutalny samiec płaci dziś za to by się do kogoś przytulić, pogadać, pomiziać. I gdzie ten cham, który przecież za takie same pieniądze mógłby sobie kupić płatny seks z pełną obsługą jego dominacyjnych zapędów?

Coś się więc także musiało stać z paniami. Dotąd zdradzający je partnerzy szukali zaspokojenia swej pożądliwości albo akceptacji męskiego ego gdzie indziej, bo im tego brakowało w stałym związku. Skoro wychodzi, że chcą szukać intymności, a raczej jej atrap „na mieście”, to znaczy, że znika ona z relacji domowych. Czemu? No tu kolega miał kilka odpowiedzi.

Po pierwsze kobiety emancypując się mają coraz mniej czasu, bo biorąc na siebie role męskie nie bardzo mogą odpuścić te żeńskie i nie starcza im czasu, a częściej sił. Są zmęczone, a to prosta droga do oschłości w relacjach. Do tego dochodzi jednak cała ta zideologizowana sfera, która kropla po kropli przecieka do związków, gdy te nasiąkają miazmatami wpieranymi mężczyźnie. O jego supremacyjnej postawie (w dziejach!), myśleniu rozporkiem, głupocie, niezaradności i niższości gatunku. W wielu „normalnych” związkach można obserwować elementy takich postaw u, do tej pory, najbardziej oddanych partnerek. Nawet niewinne napomknienia w ten deseń mogą prowadzić nie tylko do zniknięcia magii bliskości, ale powodować, że mężczyzna będzie się wycofywał z relacji, skoro ustawiają go one w negatywnym kontekście.

Taka postawa kobiet wywodzi się z pomysłu na tzw. dyskryminację pozytywną. To znaczy – skoro kobiety czują się systemowo poniżane w swojej pozycji społecznej, to mają do wyboru dwie drogi. Albo się podnieść do góry, albo… obniżyć supremacyjną pozycję mężczyzn. I coraz częściej wybierają tę drugą drogę. A faceci muszą wysłuchiwać, nie tylko w sferze publicznej, ale i w domu, rzeczy, przy których, gdyby odwrócili je i zaczęli mówić tak o swoich partnerkach – dopiero byliby uznani za szczyt nienawiści i chamstwa. Ale w stronę mężczyzn to uchodzi, bo – jak pisałem – podnoszenie się poprzez poniżanie innych to też sposób na polepszenie samopoczucia. Własnego.

Szukając szerszego tła tego mechanizmu trafiłem na mocno sfeminizowany internetowy serwis dotyczący relacji damsko-męskich. Pełno tam takich właśnie postaw – my fajne kobiety, oni, mężczyźni, opresyjni predatorzy, czyhający na naszą niezależność. I tu – artykuł odkrycie: eureka, eureka – mężczyźni też kochają. I po tym szoku przeszło się od analizy – kochają, ale jak? Diagnoza jest prosta, bo ród facetów prosty jest, a więc spójrzmy na te prawdy.  Otóż są tego cztery fazy. Oczywiście pierwsza faza – fizyczne pożądanie. Ale tu – przyznajmy się – niczym się mężczyźni od kobiet nie różnią specjalnie. Druga faza to atrakcyjność emocjonalna, dopasowanie, facet patrzy jak reaguje kobieta i czy to pasuje do jego reakcji, nawet jak są przeciwne – czy się uzupełniają. Trzecia faza to zakochanie, czyli emocjonalny związek, pierwsze deklaracje, widzenie u partnerki systemu wartości, wspólnota zainteresowań i pasji. Czwarty, ostatni etap to już związek emocjonalny o dłuższym horyzoncie, gdzie mężczyzna planuje przyszłość we dwoje, znając już swoją partnerkę.

I jeśli facet ma do czynienia z opisanymi powyżej jazdami de facto schładzającymi związek, to nigdy nie przekroczy drugiej fazy, czyli emocjonalnego dopasowania. W związku z tym, bez względu na atrakcyjność pierwszej fazy związek mężczyzny zatrzymuje się wtedy i nie buduje żadnej wartości dodanej. I w tych okolicznościach taką – drugą – fazę mogą mu zapewnić płatne panie. Kwestia udawanej atrakcyjności emocjonalnej jest łatwa, wiele pań „na mieście” ma empatyczną zdolność do wyczuwania psychologicznych i emocjonalnych pragnień faceta. Zależy im na tym, by dostał on co chce, bo będzie wracał. A z „normalnymi” partnerkami bywa różnie. Nie zawsze im się chce zaglądać w oczy duszy partnera i brać wciąż pod uwagę jego emocjonalnych potrzeb.  

Zapytałem się – a jak to jest z kobietami? Czego one szukają poza domem, czego im brakuje? Tu kolega był raczej zachowawczy. To znaczy – jeśli przyjąć zasadę, że się szuka tego czego brakuje – to jest z kobietami różnie. Podobnie jak z mężczyznami. Szukamy przeciwieństw albo uzupełnień. I jak facet w domu jest dominujący, to szukamy ciepła, a jak ciapowaty – to drwala. Jednak według kolegi coraz częściej panie szukają mocnego faceta, co dowodzi, że w domach zwiększa się frakcja tzw. mamców. Zresztą na życzenie kobiecej narracji, co tworzy zamknięty krąg sfeminizowanych facetów, zmaskulinizowanych postaw kobiecych i szukania przez nie wyjścia w ramionach niepoprawnego z punktu widzenia feminizmu, spoconego brutala.

Ostatnio odbyła się dyskusja na temat czy to po męsku jest płakać. I wiele pań (i kliku panów) stwierdziło, że i owszem. Że to fajnie, bo to emocje ludzkie są, a nic co ludzkie nie jest nam obce. Tylko problem z facetami jest taki, że (eureka, eureka) mają oni uczucia, ale męską sprawą jest nad nimi panować. I w naszych serduszkach odbywa się praca równa żeńskiej, ale jej ujawnianie było (dotąd) sprawą mocno dyskusyjną. Chodzi o to, że facet to ma być ktoś, na którym można polegać, do nieustannego dzielenia się emocjami dla kobiet to są raczej przyjaciółki. Przecież kobieta (chyba?) nie chciałaby mieć faceta, który w czasach próby rozkleja się i szuka wsparcia, tylko gościa, który ma minę-blachę i działa. Rzadko która kobieta będzie szukała mężczyzny, nawet jako uzupełnienia swego stałego związku, z którym chciałaby popłakać.

Oczywiście ta cecha mężczyzny to gwóźdź do trumny jego wizerunku, ale takie są koszty „męskości”. Wychodzimy na nieczułych, a więc na skoncentrowanych na sobie samolubów, ale – przyznajcie – utrzymanie balansu między zadaniami męskości a sferą uczuciowych oczekiwań partnerki to niezłe wyzwanie. A pod owłosioną klatą biją często przecież gorące serduszka. Niestety w dzisiejszych czasach prawda ta nie pasuje do ogólnej narracji, nad czym faceci w wielu przypadkach ubolewają. I jak mają mieć takie jazdy za niezawinione winy, z karą oschłości, na którą według siebie nie zasłużyli, to szukają atrap bliskości na mieście i za pieniądze.

Ale to upadek rodu ludzkiego, jeśli faceci szukają głównego spoiwa łączącego ludzi w płatnych erzacach. Żyjemy wtedy w wirtualnym świecie udawanych emocji, sztucznych rytuałów w miejsce tego co stanowi o istocie międzyludzkich relacji – bliskości i miłości.

Dziś wyrażenie „płatna miłość” ma swoje szokujące bezpośrednie znaczenie. Kwestia czy to przez kowida, czy przez to, że „czasy się zmieniają” ma w tym wypadku już pomijalne znaczenie.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.   

2 thoughts on “1.03. Kowidowa płatna miłość – nomen omen…

  1. Kobieta jest przekonana (obserwując inne kobiety, w tym matkę), że w związku z mężczyzną ma dwa wyjścia: Królowa lub Niewolnica. W obu tych przypadkach przegrywa.
    Każda musi znaleźć swój złoty środek na miarę jej konkretnego faceta. Ale to wymaga pracy, cierpliwości, czasem zaciśnięcia zębów i mnóstwa dobrej woli – a to wszystko takie passe….
    Jak życie pokazuje faceci wiele zniosą – każdy ma jednak jakąś granicę.
    Potrzeba nam mądrych kobiet.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: