23.05. Sequel z zamrażarki.

23 maja, dzień 812.

Wpis nr 801

zakażeń/zgonów (dzisiaj)

65/0

No, dzisiaj miałem wydarzenie specjalne. Udało mi się załapać na premierowy pokaz sequela „Top gun”. Z sequelami to trudna sprawa, nieczęsto się udają. Właściwie to z zasady się nie udają, bo ich motywacją jest kontynuowanie sukcesu kasowego i często dalsze ciągi przebrzmiałych historii są robione na siłę w stosunku do pierwotnej narracji, która wydaje się zamknięta. „Top gun. Maverick” należy do tych wyjątków. Kontynuacja nie jest wysilona, dobór wątków ciekawy i zrównoważony, bo po 36 latach od pierwszego filmu groziło, że wraz z rozwojem technologii filmowych będziemy mieli komputerową strzelankę z bajeranckimi efektami.

Film zdobył nowe pokolenie, które pierwszej części nie widziało. I dopiero teraz, po sequelu, zaczyna wracać do źródła i ogląda pierwowzór. Ciekawe z jakimi wrażeniami? Miałem to samo. Swoją przygodę z „Terminatorem” zacząłem od części drugiej, dopiero po latach wróciłem do części pierwszej i była to żenująca przygoda z kultowym starociem.

Już kiedyś popełniłem wpis na temat analogii filmowo-kowidowych. Ale dlaczego znowu piszę o filmach w „Dzienniku zarazy”? Ano dlatego, że „Top gun. Maverick” należy do, topniejącego już, grona filmów, które trafiły na kowid i z powodu ograniczeń związanych z pandemią musiały (?) przeczekać aż będzie można chodzić do kina. Przeleżał więc na półce ponad dwa lata, by dożyć do czasów, kiedy wróciliśmy do „nowej normalności”. Filmowi to nie zaszkodziło, ale, dzięki tej odłożonej premierze,  warto sobie przypomnieć o tym jak daleko zaszliśmy w kowidowej paranoi, która zakwarantannowała nam wiele aspektów życia. Branża filmowa była jedną ze sfer, która przeżyła to dość ciężko, kowidowe czasy powstrzymały wiele gotowych premier, zatrzymały wiele filmów w toku, cała branża zamarła praktycznie na dwa lata, bo nikt nie chciał ryzykować wypuszczenia filmu w ciemno, nie wiedząc jakie obostrzenia za chwilę wyrzuci ruletka decyzji władz.

Ale to znowu pozwala sobie przypomnieć inne „przeczekania”, przekładanie ważniejszych spraw na „po kowidzie”. Pamiętacie państwo odkładane pogrzeby? To wtedy decyzjami władz nie można było zorganizować pochówku, bo groził on rozprzestrzenieniem się choroby, o której nawet autorzy obostrzeń mówią dziś, że jest podobna do grypy? Pomińmy oczywiście setki tysięcy pogrzebów ludzi nieznanych i zostańmy już przy filmie. Emil Karewicz. Genialny aktor, głównie pamiętany z postaci Hermana Brunnera, kontrpostaci Hansa Clossa ze „Stawki większej niż życie”, wspaniały hrabia Łęcki z telewizyjnego serialu ekranizacji „Lalki”. Ale dla mnie niezapomniany porucznik „Mądry” z „Kanału” Wajdy. Kto by pomyślał, obserwując jego karierę, że ten prawie stuletni aktor, w dobrej formie, odejdzie pechowo, bo 18 marca 2020 roku, zaraz na początku kowidowej paniki? Pechowo, bo, choć nie zmarł na kowida, to stał się jego ofiarą. Karewicz ponad trzy miesiące czekał na swój pochówek.

Drugi przykład, też z obszaru kultury, to Krzysztof Penderecki. Ten umiera zaraz po Karewiczu, 28 marca 2020 roku. Pogrzeb po… dwóch latach. Tak nas (?) wzięło z paniką kowidową.

Dziś już zapominamy o tych kuriozalnych przypadkach. Coraz rzadziej wracają do nas reperkusje tamtych zdarzeń, decyzji. Wtedy jakoś panicznie sobie to tłumaczyliśmy, że tak trzeba, potem przyzwyczailiśmy się do tego dziwnego stanu, wybicia z ustalonego rytmu życia i śmierci. Ale warto to sobie przypominać, bo pretekstów będzie coraz mniej i za chwilę nie będzie komu przypominać, żeśmy „wszystko zapomnieli”. Ja już kiedyś pisałem, a właściwie cytowałem, zatrważające zapiski jak się umierało w szpitalach w czasach pandemii, w zgodzie z prawem. Dziś warto sobie przypomnieć jak wyglądało „życie po śmierci”, kiedy ludzkość z powodów dzisiaj pomijalnych dała się spanikować.

Okrucieństwo i wszechogarniający zakres tych obostrzających decyzji dawały nam pozór świadomości, że to musi być coś poważnego, że z jakichś naprawdę ważnych powodów nie możesz pożegnać umierającego ojca w szpitalu, odprowadzić z rodziną do grobu zmarłej matki. To były wtedy „znaki pandemii”, pośrednie dowody na to, że sytuacja jest poważna.

Ale te rzeczy już się nie odstaną. Nie odwrócą. Ci, którzy umarli w samotności, umarli w samotności. Na zawsze. Ci, których pogrzebano bez udziału ich bliskich już odeszli i nic im (nam?) tego deficytu nie wróci. Teraz wracają ostatnie rachunki, tak jak przeleżałe sequele odkładanych premier. Warto to sobie przypomnieć, bo może tak być, że do tego niezadługo wrócimy. Tak na wszelki wypadek, by nie było zaskoczenia, kiedy znowu wejdziemy w ułożone tory paniki na skalę ludzkości.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

2 thoughts on “23.05. Sequel z zamrażarki.

  1. Nie wejdziemy po raz drugi do tej samej rzeki. Nie ma takiej opcji.
    Tak jak moi Rodzice , którym masowi ludobójcy z tej dyktatury ciemniaków zablokowali w plandemii dostęp do diagnostyki i leczenia zakażenia krwi i raka, nie umrą po raz drugi.
    Teraz na brzegu tej rzeki spokojnie czekam na nieunikniony historycznie etap likwidacji likwidatorów. Przez te same ośrodki, które ich na nas napuściły. W końcu, są już niepotrzebni, a wiedzą za dużo. I dlatego doczekam się, jestem tego pewien.

  2. O! a cóż to za „cięcia budżetowe? w komentarzach?” aaaa…zareklamowałem nieopłacony film…rozumiem…
    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: