3.10. Kowidki polskie, czyli przychodą rachunki za szaleństwo

Na zdjęciu przedkowidowe ceny na stacji benzynowej. Było, c’nie?

3 października, dzień 580.

Wpis nr 579

zakażeń/zgonów

2.910.866/75.695

Mamy więc październik, a to niedobra pora na kowida. Właśnie rok temu zaczęło się pandemiczne grzebanie przy organizacji służby zdrowia, przerywanie terapii innych niż kowidowe, odsyłanie pacjentów do domu, zamykanie całych oddziałów. Bilans tego jest już znany, ale wypierany z obiegu publicznego – ponad 130.000 ponadnormatywnych zgonów i trend się nie zatrzymuje, bo mamy przecież do czynienia z niewiadomym wymiarem długu zdrowotnego. Rachunki będą jeszcze przychodzić. Tym bardziej nie widzę powodów, by jeszcze raz wchodzić do tej samej rzeki. Zwłaszcza, że nic się wielkiego nie dzieje, jeśli się spojrzy na zgony, bo na zakażenia to nawet nie ma co się oglądać z powodów maniany w testach PCR.

Dlatego jak zamykają jakiś szpital, by zrobić miejsce dla kowidowców, to powinna się zapalić czerwona lampka, że wracamy na stare tory. Właśnie szpital w Sanoku zamyka oddział kardiologiczny, by przekształcić go w kowidowy. Pierwsze co przychodzi na myśl to los wygonionych sercowców, drugie, to czy przypadkiem szpital nie chce sobie podreperować dochodów, bo taki wydział kowidowy to żyła złota i mało (na razie) roboty.

Celnie pyta w tym względzie twitterowiec AK+. No bo właściwie wiemy, że budżet zdrowia wzrósł za kowida o ciężkie miliardy. To dlaczego zamyka się inne oddziały? Przecież ta górka kasy to właśnie po to, by system za dotychczasowe pieniądze działał jak działał, tylko naddatek miał iść na kowida. A tu i więcej kasy, i mniej opieki.  

Zwłaszcza, że po strajku ratowników odezwali się lekarze. Fala odejść lekarzy ze służby zdrowia. Ostatnio 25 medyków odeszło z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie. Ja myślę, że relacje płacowe, co prawda skandalicznie niskie sprzed kowida, zepsuło wielkie dofinansowanie służby zdrowia w czasach kowidowych. Dobre czasy się powoli (?) kończą, a przynajmniej kończy się dofinansowanie i ciężko wrócić do poprzednich, niższych znacznie, stawek. Z kim przejdziemy więc (a jak złośliwi mówią – kim zrobimy?) czwartą falę?

No, jak pisałem, grypa wraca. Mamy już 105.000 zachorowań w ciągu ostatniego tygodnia, o czym raportuje Ministerstwo Zdrowia. Wielu uważa, że ten skok grypy, to dziwne, bo to znaczy, że po roku noszenia maseczek, te okazały się skuteczne na groźniejszego koronawirusa a na grypę nie. Inni pokazują statystyki, że wzrost zachorowań na grypę dotyczy właściwie w większości zaszczepionych, bo tym lekarze mają zakaz robienia testów na wirusa, a więc diagnozują grypę. Coś jest na rzeczy, bo obecnie testuje się 2,5 razy więcej ludzi niezaszczepionych niż zaszczepionych:

Mamy już rozkminioną kwestię Delty. A w ogóle pamięta ktoś? Miała nas zmiatać, spaliła tysiące tysięcy w Indiach i poszła w świat. Wreszcie wiadomo jak ją rozpoznać. Prezes organizacji lekarzy rodzinnych (biedne te rodziny), sława z Łazarskiego, doktor Michał Sutkowski precyzyjnie określił jak rozpoznać u siebie Deltę, ba – odróżnić ją od grypy. To proste: „objawy mogą być bardzo różne, łącznie z brakiem dolegliwości”. No, to teraz jest już wszystko jasne – wszyscy jesteśmy Deltami. I to jest wiadomość… dobra. To znaczy, że przeszliśmy to wszystko milionami, nawet nie zauważyliśmy, bo objawów nie było. I mamy odporność. No bo inaczej byśmy wyzdychali jak dinozaury. Potwierdza się więc stare powiedzenie, że jak po pięćdziesiątce (w latach, nie w kieliszku) budzisz się i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Wyszło, że jak żyjesz, to masz Deltę.

Mamy ewidentne przykłady z innych krajów, że szczepionki co najmniej nie działają. Bardziej przejęci, mający nawet oparcie w różnych badaniach i stwierdzeniach autorytetów (będę o tym pisał za niedługo), utrzymują, że szczepionki właśnie powodują powstawanie innych, bardziej groźnych wariantów kowida. Ale skoro zazwyczaj małpujemy taktyki innych państw, to akurat tutaj nie powinnismy tego robić. Po co gonić towarzystwo jak u nich kwestia zaszczepień i zakażeń wygląda tak:  

Rząd tu ma problem rozwiązania nierozwiązywalnego paradoksu Roberta Zawistowskiego: „Ciężki moment dla Ministerstwa Zdrowia. Trzeba wytłumaczyć zaszczepionym, że szczepionka działa a zarazem trzeba wytłumaczyć, że nie działa i muszą się trzeci raz szczepić”.

Czasami mnie załamują. Wiele przeszedłem w kowidzie, wiele widziałem, ale są granice yay. No, bo ogłoszono zamiany w zakresie teleporad, od 1 października. Okazało się, że winni byli… pacjenci, którzy nadużywali porad. To k…a, najpierw przestraszyliście ludność, że ta zginie, głównie w zakażonej służbie zdrowia, potem zamknęliście przychodnie i szpitale, nie dodiagnozowaliście tysiące ludzi na teleporadach, za co wielu (w tym moi znajomi) zapłaciło życiem a teraz PACJENCI NADUŻYWAJĄ TETEPORAD?!?!?!. To już jest szczyt chamstwa, bo nie dość, że to doprowadziło do takich hekatomb, to teraz jeszcze oskarżacie o to potencjalne ofiary waszych decyzji?

Z obyczajowych mamy historię, która już przerodziła się w serial. Padło na aktywnego w SM profesora Stanisława Żerko. Otrzymał ci on pismo z Sanepidu w Szczecinku o wszczęciu postępowania w sprawie ekshumacji jego własnych szczątków. O co miał w dodatku wnioskować nieżyjący już ojciec pana Stanisława. No to teraz mamy permutację wariantów. Profesor, jak słynny kot Schrodingera, żyje i nie żyje jednocześnie. Co będzie jak wynik postępowania będzie pozytywny? Kogo odkopią? Kto pokwituje? Nieżyjący ojciec? Szykuje się wspomniany serial. Absurdów sądowniczych.

I na koniec twórczość kowidowa, na podreperowanie akumulatorów na cały tydzień. Od Krzysztofa Lisaka. To na melodię „Roty” trzeba śpiewać:

Nie rzucim masek, choć tam brud,

Nie damy wylać dawek,

Trzecią i czwartą weźmiem w mig,

Nie boim się strzykawek!

My kowidianie, to nasz ród!

Tak nam dopomóż, Gut!”

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim bloguDziennik zarazy”.

19 thoughts on “3.10. Kowidki polskie, czyli przychodą rachunki za szaleństwo

  1. Dziś RzePa podała, że Nowa Zelandia, tak właśnie ona, porzuca ideologię „Zero Covid”, i będzie luzować obostrzenia, a wirus traktowac jak resztę wirusów. Ciekawe, kiedy dojdzie do tego Australia. O Polskę nie pytam bo się jeszcze prof. Horban obrazi i nam znów zamkną szkoły? Co do reszty, to szaleństwo musi mieć swoje ofiary. I tak właśnie jest. Ludzie myślący trzeźwo w rządach są przeganiani przez media, rządne haseł o walce za wszelką cenę. Skoro tyle przez te 1,5 roku zainwestowały w opisywanie „rzeczywistości”, to teraz jak? Tak skończymy z tym? No please!!!

    1. Ja cały czas mam cichą nadzieję, że te 50% medyków przeciwnych oficjalnej narracji kowidowej
      wyjdzie w końcu na ulice w obronie prawdziwej MEDYCYNY i NAUKI. Czemu tą strefą rządzą politycy?

  2. Oryginalnie „Trzeba wytłumaczyć nieszczepionym, że szczepionka działa a zarazem trzeba wytłumaczyć zaszczepionym, że nie działa i muszą się trzeci raz szczepić” a teleporady to nadużywane przez przychodnie i lekarzy – teraz jakiś procent musi być stacjonarnie bo nie dostaną kasy. Więc spokojnie.

  3. Bry, Panie Redaktorze 🙂
    Śledzę DZ z uwagą od niemal samego początku. Dziękuję za ciętą ironię i podawanie źródeł. \

    Ze zdjęciem cen paliwa z „Oszołoma” to jednak Redaktor nieco przesadził, zwłaszcza z podpisem, że takie ceny to przed pandemią – chyba z 5-7 lat przed 😀

    Tak się składa, że notuję sobie ceny paliwa, które tankuję od 2018 roku. Najniższe były w listopadzie 2020, czyli w szczycie lockdownów – ok 4,18 PLN/litr diesla (Kraków).

  4. Jak już się chwaliłem, byłem w sobotę na Marszu. Przełknąłem dumę antynacjonalistyczną i przyłączyłem się do Konfy. Ale nie tylko ja poluzowałem kręgosłup. Skoro uraczył swoją wizytą również wrocławski „Krasnal” Fydrych- mniejszy wstyd dla mnie. Piszę o tym znowu bo jednym z haseł na transparentach było „4. FALA TO MY”. I płyniemy w tym oceanie głupoty…
    Większość ludzi nie widzi i nie chce zobaczyć, iż akcja Kowid jest sprawą pozamedyczną. Dziennik Zarazy staje się nie tyle zapisem życia codziennego w trudnych czasach, co rejestracją przewałów o zasięgu światowym i kolekcją „kwitów” na ten przekręt. Przed marszem rozwiesiłem w mojej wsi plakaty informujące o Marszu Wolności (omijając polityczne konotacje) – wszystkie zostały zerwane. Ludzie nie chcą takich informacji. Oni już wiedzą, że Kowid to nieszczęście, które przyszło z chińskiego nietoperza i tylko Fajzer ich ochroni. Tak jest prościej. Prawdą jest, że „Łatwiej ludzi oszukać niż przekonać że zostali oszukani”.

  5. Witam,
    Miałem napisać to i owo Naczelnemu na mejla, ale ciągle jestem w niedoczasie i temat „ucieka”… Może parę zdań ad hoc tu skreślę?
    Miało być o „absurdach kowidiozy” – a raczej felietonu tego dotykającego.
    Zapis jest osobisty, więc z życia zwyczajnego….
    W pierwszy dzień wprowadzenia oficjalnego „pandemonium”, czyli 17 marca ubiegłego roku, zmarł mi Tato. Mieszkam w odległości godziny jazdy od jego mieszkania w bloku. Kilka dni wcześniej sprzątałem u niego i robiłem zakupy, dzień wcześniej rozmawiałem przez telefon. Rano, 17 marca dzwonią sąsiedzi, że o dziwo nie słychać włączonego na cały regulator ani radia, ani TV – bo Tata miesiąc wcześniej zapodział aparat słuchowy, więc cała klatka od rana wiedziała że Tata ma się dobrze.
    Zwalniam się awaryjnie z pracy, wsiadam do auta i jadę jak karetka na sygnale te kilkadziesiąt km. Docieram błyskawicznie i stwierdzam, że gdzieś nad ranem Tata zwyczajnie zasnął na trwale, podczas porannego rozwiązywania krzyżówki.
    Ponieważ, kilka lat wcześniej odchodzili z mojego domu Teściowie, praktykę trochę miałem ogarniętą i tłumiąc ból serca, zacząłem działać.
    Wiedząc, że to pierwszy dzień „pandemonium”, dzwonię na „pogotowie”, czyli na „112”. Zgłaszam zgon. A po drugiej stronie słuchawki nerwowa dyskusja „z kimś obok”, a potem pytanie pełne nieukrywanej nadziei: „czy zmarł na kowid”? Odpowiadam, że Tata miał się do ostatka wyśmienicie, umysłowo oraz fizycznie i zmarł na zwykłą starość, bo to taki przypadek często spotykany u 90-latków. Kolejne długie rozmowy z kimś po drugiej stronie numeru „112”, polegają na tym, że ja ich pytam „co dalej”, a oni tam ze sobą konsultują co mają mi odpowiedzieć. Ja doskonale słyszę narady, w których bierze już chyba 3 osoby. Zapada decyzja, że karetka z lekarzem stwierdzającym zgon nie przyjedzie – bo „niekowidowiec” – więc mam udać się do ośrodka zdrowia gdzie zapisany był Tato, by stamtąd przyjechał lekarz rodzinny. OK!

    Mam telefon do Ośrodka i nawet do Pani Doktor Rodzinnej, co tydzień wcześniej przepisała kolejne lekarstwa, ale ich banalnie nie zdążyłem kupić w aptece…

    Telefony albo zajęte, albo nie odpowiadają. Wsiadam do auta i jadę do Ośrodka. Oczywiście, drzwi zamknięte na głucho. Ale widzę, że tam ktoś jest. Tłukłem się w przeszklone drzwi tak wytrwale, że w końcu podeszłą jakaś pani, z namordnikiem na brodzie. Poinformowała mnie przez zamknięte drzwi, że ośrodek zamknięty a kartka o tym informująca jest gdzieś na zewnątrz wywieszona i chciała odejść. Zacząłem się tłuc kluczami – o dziwo – szyby nie popękały, więc Pani, już w towarzystwie drugiej damy w końcu uchyliła drzwi. Wytłumaczyłem, że mam w mieszkaniu nieżywego Tatę i potrzebuję lekarza rodzinnego by wypisał świadectwo zgonu, po osobistych oględzinach. Panie usiłowały zamknąć drzwi po poinformowaniu mnie krótkim, bym dzwonił „na pogotowie”, ale wsadziłem nogę w uchylone drzwi i się ich zamknąć nie dało. Przyleciała trzecia dama, której oświadczyłem, że albo mnie wpuszczą do lekarza rodzinnego – który jak już mnie poinformowały znajduje się wewnątrz – albo zostawię im klucze do mieszkania i zgłoszę wszystko policji, przed wyjazdem z miasteczka.
    Panie się chyba przestraszyły, bo mnie wpuściły, dokładnie barykadując za mną wejście – dostawiając krzesła, by kolejny pacjent się nie przedarł. Skierowano mnie na piętro, gdzie znajdowały się szeregi gabinetów z pootwieranymi drzwiami, za którymi znajdowali się lekarze, udzielając „teleporad”. Siedziałem tam z pół godziny, aż z jednego z gabinetów wychynęła „moja pani doktor”. Jako że na pustym korytarzu słyszalność była doskonała, przez pół godziny osłuchałem się z „teleporadami”. One brzmiały na jedno kopyto:
    Na telefon najwyraźniej pacjentki – odpowiada lekarz (słyszałem tylko porady lekarskie):
    „i ma Pani temperaturę 39 stopni?”
    „I nadal jest kaszel?”
    „To może Pani sobie zażyje jakiś antybiotyk, jaki ma Pani w domu?”
    „Aha, nie ma Pani w domu? To może pójdzie sobie Pani do apteki i tam dadzą antybiotyk?”
    „A… Nie wychodzi Pani z domu, bo problem z biodrem w wieku 70 lat? To może Pani poprosi sąsiadów, i oni podejdą do apteki po antybiotyk, lub mają jakieś lekarstwa w domu u siebie?”

    Dziwiąc się temu co słyszałem niepomiernie, doczekałem się w końcu na „moją Panią Doktor”, która w końcu przerwała teleporady, których styl zapodałem powyżej, i zapytała co się dzieje. Mówię, że Tata nie żyje. Była totalnie zaskoczona, bo widziała się z nim niedawno.
    I pyta co mnie sprowadza. Odpowiadam, że potrzebuję jej osobistej wizyty i świadectwa zgonu.
    No i tu mnie Pani Doktor zaskoczyła, bo powiedziała, że w związku z kowidem, sa zmienione przepisy i chyba – o ile ona to wie – muszę dzwonić na 112 („pogotowie”).
    Z uwagi na to, że upierałem się grzecznie przy „moim”, Pani Doktor poszła konsultować sprawę z kolegami w gabinetach, gdzie prowadzono „teleporady”, a potem jeszcze w dwa miejsca dzwoniła…
    Wygląda na to, że jednak „112” i ja mieliśmy rację, więc lekko obrażona Pani Doktor zeszła do auta i razem ze mną pojechała do domu Taty. Opukała, osłuchała, wyraziła kondolencje, wypisała dokument i poradziła bym jak najszybciej pognał do Urzędu Miejskiego, póki (może?) nie jest zamknięty i działa…
    Z aktem zgonu pogoniłem do Urzędu. Parking pod Urzędem tak położony, że widać od szczytu budynku i główne, przeszklone wejście, i wyjście awaryjne z tyłu budynku. Gdzie na schodkach, w promieniach słonecznych siedzą sobie Urzędnicy, opowiadają jakieś dowcipy i palą papierosy.
    „Dobra nasza”, Urząd jeszcze pracuje! Tak pomyślałem…
    Ale sforsowanie zamkniętych na głucho drzwi okazało się problematyczne. Pukanie i dzwonienie nic nie dało. Po chwili znalazłem kartkę, informującą że od dzisiejszego dnia „Urząd jest nieczynny”, ale podano telefon kontaktowy. Mam komórkę, więc dzwonię. Pierwsza rozmowa jest krótka – nie przyjmujemy, w drzwiach jest dziura, gdzie można złożyć dokumenty, bo „kowidło ogłoszono”…
    Drugi raz dzwonię i od razu walę, że mam niedaleko w mieszkaniu w bloku zmarłego Tatę i zostawiam pod drzwiami klucze do mieszkania, by Urzędnicy się wszystkim zajęli. Ja jestem z innego miasta i wracam do domu!
    Teraz ktoś przejął słuchawkę i pyta z wielką i nieukrywaną nadzieją: „A Tata zmarł na kowid?”.
    Rozumiem tę nieukrywana nadzieję – w końcu – byłby w miasteczku pierwszy zmarły „kowidowiec”! Nadzieję rozwiewam, oświadczając że zgodnie z moją wiedzą i dokumentem lekarskim, Tata zmarł na starość typowa dla 90-latków.
    Wpuszczają mnie do Urzędu i zajmuje się mną sam szef Urzędu Stanu Cywilnego, jednostki organizacyjnej Urzędu Głównego. Zajmują się mną bardzo ładnie i szybko. Szczególnie że Tata był osobą znaną w miasteczku i bardzo dla jego rozwoju zasłużoną.

    Mając akt zgonu, jadę do jednego z wielu w Miasteczku „Zakładów Pogrzebowych” – w moim mieście jest to zupełnie inaczej i lepiej zorganizowane – nigdzie nie trzeba jeździć, wszystko załatwia po stworzeniu aktu zgonu przez lekarza rodzinnego lub z Pogotowia administracja Miejskiego Zakładu Pogrzebowego.
    Umawiamy się na odbiór ciała, datę pogrzebu i szczegóły techniczne. Szefowa podała telefon do Księdza Proboszcza, by uzgodnić wstępną datę uroczystości pogrzebowej. Jadę do domu by w niedługim czasie doczekać się na pracowników Zakładu Pogrzebowego.

    Na drugi dzień stawiam się pod domem parafialnym, by uzgodnić ostatecznie datę i szczegóły uroczystości żałobnych. Tu spotyka mnie niemiła niespodzianka. Stoję przed domofonem w słoneczny ale wietrzny i chłodny dzionek dobre pół godziny. Jakiś ksiądz z drugiej strony przez ponad pół godziny przepytuje mnie szczegółowo i z nieskrywanym strachem w piskliwym głosie: czy Tata nie zmarł aby na kowidło? Ska jestem? Czy nie mam temperatury? Czy nie kaszlę? Czy nie jeździłem za granicę ostatnio? Z kim mieszkam na stałe? Czy moja rodzina (domownicy) nie kaszlą, nie mają temperatury i czy nie przyjechali z zagranicy?.

    Na koniec, ksiądz bojaźliwie raczył otworzyć drzwi, był zamaskowany – ja do tej pory namordnika nigdzie nie nosiłem, bo aktualne prawo nakazywało nosić namordnik osobom chorym. I do tej pory w urzędach, instytucjach czy ośrodkach zdrowia nikt namordników nie nosił – zgodnie z Ustawą.
    Ksiądz jeszcze raz wypytał mnie o to czy aby Tata na kowidło nie odszedł, czy jestem zdrowy itd… Powiedziałem księdzu: „więcej wiary! prosze księdza!” Spojrzał na mnie jak na diabła wcielonego – dziś jeszcze pamiętam to przerażone spojrzenie zaszczutego zwierzęcia. Ustaliliśmy datę i godzinę uroczystości, która się odbyła kilka dni później, w niezwykle wąskim gronie kilku niezastraszonych osób…

    Na razie tyle..

    PS
    Mógłbym jeszcze opisać totalny urzędniczy odlot związany z uzyskaniem zasiłku pogrzebowego z ZUS-u. Ale sądze, że Czytelnicy i Naczelny zna te wszystkie kowidowo-urzędnicze paranoje…

    1. Świetne opisanie Nikczemności jaką ujawnił covid.
      Wielki test na to kto jest Człowiekiem a kto tylko glutem zlepionego białka jak ten ksiądz…

  6. Fajne badanie opublikowano – wynik analizy liczby zakażeń na tle poziomu zaszczepienia populacji : https://twitter.com/DrEliDavid/status/1444735153159409676

    Tytuł już mówi wszystko:

    Wzrost [zakażeń] COVID-19 nie ma związku z poziomem szczepień w 68 krajach i 2947 hrabstwach w Stanach Zjednoczonych

    Ale jeszcze cytacik z sekcji „Findings”:

    Na poziomie kraju wydaje się, że nie ma dostrzegalnego związku między odsetkiem populacji w pełni zaszczepionej a nowymi przypadkami COVID-19 w ciągu ostatnich 7 dni (ryc. 1). W rzeczywistości linia trendu sugeruje nieznacznie pozytywne powiązanie, takie że kraje o wyższym odsetku populacji w pełni zaszczepionej mają wyższy odsetek przypadków COVID-19 na 1 milion osób.

    Może coś się w końcu przesączy do mainstreamu?

  7. Panie Redaktorze,
    Ta fotka to taka Panaredaktorska ironia, prawda? 😉

    Takie ceny to chyba z 5-6 lat przed pandemią były 😛 albo „za Tuska” :DD

    Najniższa stawka za paliwo była w szczycie lockdownów i szaleństwa chryzantemowego – w listopadzie 2020 – około 4,10 PLN/litr diesla.
    Mam takie skręcenie i notuję sobie za ile koniki jadły 😉

    1. Co przyjął to wie on i ta Pani.
      Bez względu czy wierzymy w szczepionki na C19 czy nie, to na ulotce jest wyraźnie napisane, że nie można łączyć z inną szczepionką, ale nasz profesor wie lepiej. Ogólnie dramat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: