9.12. Testy – zebra na pasach

9 grudnia, dzień 282

Wpis nr 271

zakażeń/zgonów/ozdrowień

1.088.346/21.160/768.241

Pojawiło się drugie wydanie książki „Fałszywa pandemia”, tym razem dotyczące kwestii kluczowej, czyli wiarygodności testów na koronawirusa. Pierwsza cześć poświęcona była wypowiedziom naukowców na temat epidemiologicznego aspektu koronawirusa. Lekarze i naukowcy zadawali pytania, które są szczelnie eliminowane z przestrzeni publicznej, gdyż dyskusji na ten temat nie ma – obowiązuje jeden, bezdyskusyjny przekaz. Koniec tego pierwszego zbioru zwieńczają wykresy statystyczne, które każą wątpić w pandemicznych charakter koronawirusa, czego nawet nie unieważniają dzisiejsze „fale”.

Druga część tego wydania łapie byka za rogi. Bo wciąż – patrząc na statystyki śmierci – nie ma znaczących wzrostów spowodowanych kowidem w stosunku do lat poprzednich. W związku z tym pytanie czy wiedzielibyśmy bez testów na koronawirusa (i bez mediów), że mamy do czynienia z pandemią – jest aktualne.

W książce początek jest nudnawy, bo mamy powroty do tez z pierwszego wydania, które w wielu wypadkach się co prawda potwierdziły, ale teraz to żadna sensacja. Druga część jest już lepsza, bo zanurzamy się w specyfikę testów, jak powstały, co mierzą i jakie są tego konsekwencje.

Otóż mówimy o pierwszych i do dziś rozpowrzechnionych, jako najbardziej popularne testach PCR, które w berlińskim instytucie Charite, autorstwa epidemiologa Christiana Dorstena. Jakie są zastrzeżenia epidemiologów, genetyków i biochemików? Ano zasadnicze. Zacznijmy od tego jak wynaleziono test. Mrozi krew w żyłach:

Z mediów społecznościowych [w berlińskim instytucie Charite] dowiedziano się o pojawieniu się wirusa, a następnie postawiono sobie pytanie, co to za wirus. Założono, że może to być koronawirus, a więc sprawdzono bank genów, wychodząc z założenia, że to najmniejszy wspólny mianownik wszystkich dostępnych wirusów, a więc może pasować. Na podstawie tego przygotowano te trzy produkty amplifikacji genów i przesłano test PCR”. A więc wybrano na oko i dobrano do testów technologię PCR.

Testy, a właściwie używana w nich technika PCR (wynaleziona już w 1983 roku) nadaje się do badań klinicznych a nie badań diagnostycznych populacji w celu uzyskania szybkich i pewnych wyników. Po pierwsze testy PCR są przeznaczone do badania DNA, a wirus nie ma DNA, tylko RNA. Różnice są zasadnicze. Ale nie chodzi o działanie tego w przyrodzie, ale o kwestie technologii testów. Badanie w technice PCR zakłada badanie sekwencji genów by je rozpoznać w komórkach. Problem polega na tym, że by zbadać sekwencje w genomie RNA trzeba go odwzorować w DNA żywego organizm. W tym przypadku stosuje się namnażanie próbki na np. bakteriach coli.

Proces ten jest długotrwały, wynik niestabilny – jeśli chce się to zrobić porządnie, tak by struktura sekwencji przełożyła na rozpoznawalny w testach DNA. Wymaga to wyczyszczenia powielanego materiału tak by był maksymalnie czysty. I do tego trzeba czasu oraz długich badań w klinicznych warunkach, a tego nie mamy w badaniach PCR.

W technologii PCR stosuje się testy RT-qPCR, które mają określić ILOŚCIOWĄ obecność wirusa, zaś używane są w przypadku koronawirusa do oceny JAKOŚCIOWEJ, czyli czy jest najmniejszy nawet fragment sekwencji czy nie. W tym wypadku nawet poprawny test mówi nam tylko, że rozpoznano w próbce fragmenty RNA, które odpowiadają wzorowi sekwencji przyjętych dla koronawirusa. Te testy nie mówią czy wirus się tylko zakolonizował na badanej powierzchni, czy wniknął do komórek i zakaził je w stopniu mogącym mówić o chorobie. Po prostu jakieś dwie sekwencje się pojawiły. Nie wiadomo co jest „pomiędzy” tymi sekwencjami. A może tego być sporo – jak już pisałem – wirusa (a właściwie pozytywny wynik) odkryto już na kozie, tygrysie, papai i… w oleju silnikowym. Tu też wyniki zaświeciły się na czerwono.

Test jest wyjątkowo czuły i może reagować na różne rzeczy w tym na zanieczyszczenia próbki, inne wirusy (wciąż przecież nieprzebadane do końca miliony patogenów, które przecież też mogą mieć podobne sekwencje), czy „stare” wirusy SARS, wreszcie homologi, czyli sekwencje ludzkiego RNA podobne do wirusowych. W dodatku badanie stwierdza tylko czy test spotkał się w próbce z podobną sekwencją. Jest zero-jedynkowy, wystarczy najmniejszy element i wynik jest pozytywny. Nie ma bowiem żadnych ilościowych wskaźników, od których zaczyna się rozróżnienie na samo pojawienie się sekwencji, kolonizację wirusa, w ogóle jego zdolność do replikacji, czy fakt wniknięcia do organizmu i jego zainfekowania.

Stąd się biorą cuda pt. bezobjawowi zakażeni. Oni się głównie zakazili… pozytywnymi fałszywymi testami. Byli, są i będą zdrowi, ale w swej już medialnej masie są kwalifikowani jako chorzy, choć nawet ich organizm takiej choroby nie zauważył. Test po prostu bada obecność określonego składu kwasu nukleinowego, nie zaś infekcję wirusową, bo to ona jest reakcja organizmu na rzeczywistą obecność patogenu.

Wirusy RNA mutują niewiarygodnie szybko. W realu mamy już na świecie niewiarygodną ilość mutacji koronawirusa. I stosujemy do jego wykrywania tę samą metodę, opartą na sekwencji RNA, która już mogła zmutować do innych postaci. A więc szalką wagi mierzymy i wodę, i lód (czyli temperaturę), i parę (czyli objętość).

To, że mieliśmy tak niedokładne testy jako jedyny miernik rozprzestrzeniania się epidemii spowodowało praktycznie wszystkie ruchy wchodzenia w lejek, z którego nie możemy wyjść do dziś. Wiosenne rewelacje, plus przykłady z Chin, kazały władzom zamknąć całe kraje na kwarantannie. „Chorych na testy” z objawami gryp wozić do szpitali, gdzie tak naprawdę zakażali się po raz pierwszy prawdziwym wirusem. Wyniki tych testów powodowały wzrosty „chorych” motywujące kolejne fazy lockdownów.

Epidemiolodzy pytani w książce o to, jak to się dzieje, że świat naukowy nie widzi tych oczywistych słabości testów, które wstrząsnęły światem tylko się dziwili. Bąkali coś o firmach farmaceutycznych, którym w sumie zależy by było jak jest, o stypendiach i niewychylaniu się naukowców. A konsekwencje tej improwizacji są straszne. Dane oparte na wynikach tak rozstrzelonych testów codziennie ekscytują panikę społeczną, są motywacją do akcji epidemiologicznych, lockdownów, kwarantann i tarcz.

Na Słowacji przeprowadzono badania praktycznie całej populacji na obecność koronawirusa. Dało to nie tylko wyniki pozwalające zbadać rzeczywiste rozprzestrzenienie się wirusa, ale także zweryfikowano po drodze skuteczność wyników testów w reżymie PCR. Bo tu badano na obecność przeciwciał koronawirusa, czyli zbadano czy organizm odnotował obecność tego patogenu, bo wtedy zawsze efektem jest wygenerowanie przeciwciał nabytej odporności, swoistych, czyli „zadedykowanych” dla konkretnego wirusa. I przy okazji badając wszystkich, zbadano również tych co mieli pozytywny wynik w testach PCR. I okazało się, że tylko jedna na dziesięć osób pozytywnych w PCR miała antyciała wystawione na koronawirusa przez organizm.

To oznacza, że w jedynie 10% pozytywnych wyników PCR organizm w rzeczywistości spotkał się z wirusem. Oczywiście na taki news rzucili się eksperci-demaskatorzy, że to nie tak, bo badań nie da się porównać. Powtórzmy – zbadano 95% społeczeństwa i wyszło, że ekstrapolacja wyników testów PCR na całość populacji (10% zakażonych) w rzeczywistości wynosie niewiele ponad 1%. Czyli bardziej miarodajne są wyniki kilkudziesięciu tysięcy czy całej populacji? Bzdura.

W sumie nie wiadomo jak bardzo źle jest z tymi testami. Ich wyniki w stosunku do skuteczności wykrywania rzeczywistej obecności wirusa wahają się w zależności od… firmy i kraju przeprowadzania testu. Bo na przykład, gdy przetestowano laboratoria w Niemczech wysyłając im różne, w tym niezakażone koronawirusem, próbki okazało się, że fałszywie pozytywnych wyników było od 1,3 do 7,6%. Ale jak zbadano testy tureckiej firmy Anatolia Genewroks (używanych, a jakże we… Włoszech) to okazało się, że wyniki fałszywie pozytywnych testów wahały się od 25 do 40%. I staruszków z takimi wynikami porywali z domów w Lombardii kosmici, wieźli do szpitali, gdzie „fałszywie pozytywni” dopiero zakażali się koroną. W towarzystwie rzecz jasna współczujących mediów.

PCR na koronawirusa myli się w obie strony, to znaczy testy są fałszywie pozytywne (większość), ale potrafią też przepuścić jako negatywnego prawdziwego nosiciela. Jedno jest pewne – kroimy chleb siekierą. Stosujemy nieadekwatny test, który odwrócił go do góry nogami cały świat.

Ja wiem, że zacznie się zaraz zbijanie powyższych tez jedynym już, a więc żałosnym argumentem – przecież tylu ludzi to potwierdziło, autorytety, którym wierzymy, co zostało już faktem społecznym, a więc obiektywnym zjawiskiem. Ale to nie ma nic wspólnego z prawdą, która nie zależy przecież od ilości jej wyznawców. Masowe przekonanie nie jest automatycznie prawdą, szczególnie w czasach, gdy największą światową emocją jest od dawna strach, przesuwający w dół granice ludzkiej racjonalności.

Jak mówił mój przyjaciel: krowia kupa to musi być rarytas: miliony much na całym świecie nie mogą się przecież mylić.       

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

7 thoughts on “9.12. Testy – zebra na pasach

  1. Odporność immunologiczną można uzyskać albo przez ciężką infekcję tj. objawy dotyczące grypy:gorączka, kaszel, osłabienie , brak apetytu ( wówczas wytwarzają się przeciwciała pod koniec choroby i na początku zdrowienia) albo w wyniku tego to co wyssaliśmy z mlekiem matki (to jest najlepsze lekarstwo) i czego po nim nie zepsuliśmy( stres, nieprawidłowe odżywianie)

    1. Są dwie odporności. Wrodzona i nabyta przez organizm. Tę pierwszą dziedziczymy, tę drugą pozydkujemy w ramach naszego kontaktu z różnymi patogenami. Ta wrodzona, to pierwsza linia obrony, szeroka i głownie alarmująca organizm. Druga jest już wyspecjalizowana do konkretnych antyciał.

  2. Link o różnicach między DNA a RNA prowadzi do tekstu, który był chyba automatycznie tłumaczony z angielskiego? Trochę słabo wygląda

  3. Problem z „testowaniem” testów jest taki, że potrzebują one czasu. Większość publikacji na ten temat dotyczy okresu sprzed kilku miesięcy. Nie wiem, jak szybko została opublikowana druga część Fałszywej Pandemii, ale przypuszczam, że nie na podstawie danych z listopada. Bo, o ile do września bardzo sceptycznie podchodziłem do „pandemii”, to od pażdziernika pojawiły się „twarde” fakty. które sugerują, że może jest coś na rzeczy. Chodzi o śmiertelność.

    Zdanie „Bo wciąż – patrząc na statystyki śmierci – nie ma znaczących wzrostów spowodowanych kowidem w stosunku do lat poprzednich.” straciło na katualności (choć do września 2020 podpisałbym się pod nim oboma rękami).
    Za komentarz do tego zdania niech posłużą dane:
    – śmiertelność w Polsce, 41-44 tydzień, październik 2019: 30,9 tys zgonów – październik 2020: 45,4 tys zgonów. Przyrost 50%.
    https://pulsmedycyny.pl/gus-w-pazdzierniku-2020-r-duzy-wzrost-liczby-zgonow-1007918
    – śmiertelność w Polsce, 45-48 tydzień, listopad 2019: 30523 zgony – listopad 2020: 59998 zgonów. Przyrost 96%.
    Praktyczne podwojenie statystki śmierci to chyba, jednak, znaczący wzrost, czyż nie?
    I nie jest to wybiórcza analiza danych, bo śmiertelność w 2019 była wtedy najwyższą w 21 wieku. Jest to ładnie pokazane w przypadku początkowej fazy wyższej śmiertelności, tygodnie 38-44, na stronie (niestety) tvn24 (dane zgadzają się z GUS): https://tvn24.pl/polska/zgony-w-polsce-w-latach-2001-2020-porownanie-danych-z-tygodni-38-44-4752179

    1. Ja pisałem, że kowidowe śmierci nie przyczyniły się do wzrostu. Nie, że go nie ma. Jest i o tym w moim Dzienniku. Prosże zobaczyć wpis o 6 IŁ-ach. Codziennie.

  4. Tu, chyba równolegle funkcjonują dwa zjawiska. Niewiarygodny brak kompetencji wszelkiej maści ” naukowców „, ” autorytetów medycznych” i wszelkiej maści ” ekspertów „, którzy najpierw wywołali absurdalną panikę , a później z obawy przed kompromitacją brnęli dalej w to szaleństwo ( spora ich część , dodatkowo, zauważyła , że może się na tym wylansować ). Z drugiej strony rządy pojęły , że można na tym całym covidzie , paradoksalnie , ugrać też coś dla siebie – wprowadzenie przepisów , które w normalnym trybie były by niemożliwe do uchwalenia ( zarówno w gospodarce jak i w zakresie ograniczenia praw obywatelskich ) oraz zasilenie praktycznie bez żadnej kontroli setkami miliardów dolarów , euro czy złotówek zaprzyjaźnionych podmiotów gospodarczych ( prywatnych i państwowych ).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: